<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	>

<channel>
	<title>Artykuły</title>
	<atom:link href="http://artykuly.gamewanted.info/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://artykuly.gamewanted.info</link>
	<description>Recenzje utworów literackich</description>
	<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 20:35:38 +0000</pubDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.7</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Mistrz skandynawski</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/mistrz-skandynawski/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/mistrz-skandynawski/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 20:35:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Prasa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=174</guid>
		<description><![CDATA[Gdyby ludzie żyli dwukrotnie i zmartwychwstawali z pamięcią o swoim pierwszym bycie, w drugim byliby przeważnie sceptykami. Jeden na milion (może tego jednego natura zachowuje jako nasienie chęci istnienia) przyznałby, że miał w swym umyśle prawdy, a w sercu uczucia, które go nie omyliły, ogromna zaś reszta przekonałaby się, że żyła złudzeniami, że to, co [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Gdyby ludzie żyli dwukrotnie i zmartwychwstawali z pamięcią o swoim pierwszym bycie, w drugim byliby przeważnie sceptykami. Jeden na milion (może tego jednego natura zachowuje jako nasienie chęci istnienia) przyznałby, że miał w swym umyśle prawdy, a w sercu uczucia, które go nie omyliły, ogromna zaś reszta przekonałaby się, że żyła złudzeniami, że to, co jej wydawało się doskonałym, wielkim, nieśmiertelnym, było ułomnym, małym, znikomym. A nawet najgłupsza i najobojętniejsza epoka ma swoje ideały, swoich bohaterów, swoje szczyty, na które spogląda z dumą i uwielbieniem. Przykro pomyśleć, że te ideały może są błyszczącym próchnem, ci bohaterowie — pospo-litakami, a te szczyty — kopczykami, przez które lada koza przeskoczy, a cóż dopiero zobaczyć! Zaiste, jest to wielkim szczęściem każdej teraźniejszości, że ona się nie widzi w świetle przyszłości.<span id="more-174"></span></p>
<p>Uwagi te nasuwają mi się bardzo często, a obecnie stanęły przede mną, gdy przeczytałem przełożoną na język polski Cyrankę Ibsena2. Od lat wielu brzmi po świecie głośna sława tego pisarza. Należy on do niewielkiej liczby autorów, których nie tylko wielkie czyny, ale wielkie zamiary telegraf obwieszcza skwapliwie, na których zwrócone są ciągle oczy ukształconej ludzkości, w których głowie siedzi i kuje wielkie dzieła potężny geniusz, których każda kropla śliny tężeje i zamienia się na drogocenną perłę, spadającą do skarbca literatury. Ile razy krytyka zacznie bić w dzwony i strzelać z armat dla obwieszczenia światu narodzin tytana, jeżeli nie obowiązek, to ciekawość zawiedzie każdego inteligentnego człowieka do kołyski olbrzyma. Więc chociaż nadzwyczajnie trudno ulegam wszelkim hipnotyzacjom i do każdego przedmiotu zbliżam się tak wolny od wpływów „poddawania&#8221;, jak gdyby one były niewinnymi podmuchami Zefira, ażeby nie obciążać swego sumienia grzechem niewiadomości, obejrzałem jeden pazur „lwa skandynawskiego&#8221;. Wydało mi się, że to pazur nie lwi, ale koci, a ponieważ niemal każdy dzień, każdy wypadek składa mi niezbite dowody, że żyjemy w atmosferze sztucznych sław, szczudłowych kolosów, naftowych słońc, blaszanych gwiazd i cudów rzucanych czarnoksięską latarnią reklamy, przeto nie spieszyłem się z poznaniem dalszych arcydzieł „Sfinksa&#8221;. Tymczasem wichry dziennikarskie ustawicznie wyły: Ibsen napisał to, Ibsen pisze owo, nowy dramat Ibsena wywołał burzę sprzecznych sądów, Ibsen nieprzepartą mocą swego geniuszu zaklął i trzyma w natężeniu uwagę świata, Ibsen mieszka w Monachium, Ibsen jada zwykle białą rzodkiew, Ibsen przystrzygł niebotyczną czuprynę itd. Śród tego brzęczącego roju naprzykrzonych much dziennikarskich stałem jak słup i nie wiedziałem, na czym właściwie polega wielkość owego Ibsena. Pewnego dnia obowiązki redaktorskie włożyły mi do rąk przekład polski jego Heddy Gabler 3, której rozgłos dorósł prawie do sławy Antygony. Zacząłem czytać to arcydzieło z wielką ciekawością i nadzieją, że ono mi odsłoni potęgę autora. Przestudiowawszy pierwszy akt tak uważnie, jak zadania algebraiczne, doznałem wrażenia człowieka, który przeszedł przez łan ostu: kilkakrotnie zaplątały mu się nogi, poczuł ukłucie, ale więcej nic. Czytam dalej z coraz większym wysiłkiem i zdumieniem, nareszcie zmęczony dobrnąłem do końca. „Co to jest?&#8221; — zapytałem siebie. Albo ten cały Ibsen niewart więcej niż mistrzostwo w jednej norweskiej parafii, albo mój umysł tak stracił zdolność krytyczną, że uważam Księżyc za zwyczajną tacę.</p>
<p>I znowu upłynęło lat parę, podczas których ibseniada wydłużała ciągle promień koło swej chwały, i znowu wpadła mi do rąk przetłumaczona na język polski Cyranka. Spostrzegłszy ją, zdawało mi się, że słyszę w sumieniu moim jakiś wyrzut niesprawiedliwości względem tytana skandynawskiego. Trzeba jeszcze raz spróbować — przeczytałem. Jeżeli wszelki sąd krytyczny nie jest bezwzględnym pewnikiem, lecz tylko wyrazem stosunku umysłu oceniającego do przedmiotu ocenianego, i jeżeli w określeniu tego stosunku dozwolona jest szczerość, to wyznaję, że w utworach Ibsena nie mogę dojrzeć niczego, tylko zwitki poślednich kłaków literackich, nad którymi stoi zadumana krytyka i rozmyśla, jaki rodzaj jedwabnika wyprządł te prześliczne kokony jedwabiu. Rozumie się, skoro Wenus Milońską postawimy przed wielkim zwierciadłem, ono odbije ją w całym uroku, ale gdybyśmy ją postawili przed drewnianym parkanem, on tylko co najwyżej odbije jej cień. Otóż być może, że mój umysł względem Ibsena nie jest zwierciadłem, lecz parkanem. W takim razie proszę — najzupełniej poważnie — niech ktoś z lustrzaną głową wytłumaczy mi, w czym tkwi genialność utworów mistrza skandynawskiego. Moja nieudolność w rozwiązaniu sobie tej zagadki dochodzi rzeczywiście do jakiejś dziwnej niemocy. Tak np. zdaje mi się, że w naszej ubogiej literaturze znalazłbym cały zastęp dramaturgów zdolniejszych od Ibsena, że jego dialogi stoją na poziomie mizernych ramot scenicznych, że jego charaktery są robotami niedołężnej ręki, że wolałbym policzyć nitki siatki pajęczej, niż przeczytać jego „arcydzieło&#8221;, że gdyby mi w wyroku sądowym dano do wyboru trzy rodzaje kary, powiedziałbym: zapłacę grzywnę, pójdę do kozy, tylko, na miłosierdzie, nie każcie mi się nauczyć na pamięć jednej sceny z Cyranki. O, jakże nieszczęśliwi są czasem aktorzy!</p>
<p>Ale może ktoś zapyta: czemu tę sprawę podnoszę? Przede wszystkim zastrzec muszę, że nie chodzi mi wcale o to, ażeby świat miał jednego wielkiego człowieka mniej, bo pragnąłbym, ażeby takich ludzi posiadał jak najwięcej. Stanowią oni bowiem nasz nowoczesny Olimp, od nich spływa na nas siła, wiedza, prawa i cnoty, podczas gdy od ludzi małych pochodzą występki, gwałty, ciemnota i niemoc. Ale trzeba strzec się złudzeń, bezmyślnego bałwochwalstwa, kultu dla Apisów, fetyszyz-mu dla patyków i skorup, słowem, bożyszcz fabrykowanych. Pierwszym obowiązkiem rozumu jest ścisłe odróżnianie ludzi i rzeczy wielkich od ludzi i rzeczy małych; pomieszanie ich lub zamiana jednych na drugich wstrzymuje postęp ludzkości i okrada ją ze szczęścia. Epoka obecna, może bardziej niż którakolwiek z poprzednich, postawiła zasadę, że tylko narody silne materialnie wydają jednostki silne duchowo, tylko państwa rodzą geniuszów. Dzięki tej zasadzie Francuz Dumas lub Niemiec Sudermann 4 są pisarzami znakomitymi, ale gdyby ten Dumas i Sudermann byli Bośniakami lub Ormianami, spadliby do talentów bardzo niskiego rzędu albo wcale by o nich nie wiedziano. Skandynawia nie jest potężnym mocarstwem, ale jest samoistnym ciałem politycznym, a nadto wszyscy jej nowocześni bohaterowie literatury wtedy dopiero zyskali sławę, gdy zaczęli pisać po niemiecku. Dzięki temu nowemu szlachectwu doszli do wysokich godności: Bran-des, Hansson, Strindberg i inni, a między nimi Ibsen. Ową zasadę, o której wspomniałem, społeczeństwa małe i nie grające roli politycznej przyjęły również z uległością mediów względem hipnotyzerów.</p>
<p>Gdyby Rezjanom lub Dalmatom urodził się Shakespeare, nie mieliby oni odwagi postawić go obok Wildenbrucha3 i sądziliby, że jest to sobie prosty chłop literatury, niegodzien pijać herbaty z jej panami. Tej hipnotyzacji poddaliśmy się i my. Jeszcze Sienkiewicza śmiemy wsuwać do Walhalli europejskiej, ale innych pisarzów uważamy za przeznaczonych wyłącznie na użytek domowy, pomimo że między nimi są tacy, którzy przerastają talentem o dużą miarę koryfeuszów zagranicznych. Krytyczny Polak przebudziłby się nagle wystraszony, gdyby mu we śnie przyszła zuchwała myśl porównania Konopnickiej z Coopem lub Tetmajera z Baudelaire&#8217;em 7. Przed kilku tygodniami czytałem w jednym z dzienników warszawskich niedorzeczne a złośliwe urąganie zbiorkowi pięknych rojeń fantastycznych i obrazków z kopalń dąbrowieckich p. A. Niemojewskiego pt. Listopad8. Autor ten ma nie tylko talent, ale własną indywidualność i serce gorącej krwi pełne, nie jest wyższym lub niższym stopniem jakiegoś literackiego superlatywu, co u nas zbyt często się zdarza, nie pisze dla mnożenia płatnych wierszy, ale wylewa w swych utworach szczere i głębokie uczucie w sposób własny. Mimo to krytyk, który widocznie tak się zna na poezji, jak karp na aksamicie, sponiewierał jego pracę bez skrupułu. Gdyby ten Niemojewski był Szwedem piszącym po niemiecku! Wyrok wypadłby całkiem inaczej.</p>
<p>W podobnych wypadkach nie chodzi jedynie o krzywdę tego lub innego talentu, ale może jeszcze bardziej o mącenie pojęć ogółu i o pozbawianie go probierza, za pomocą którego odróżniałby rzeczy wielkie — zawsze dla niego ważne, od małych — zawsze dla niego bezwartościowych. Jeżeli mu ciągle wbijamy w głowę, że Ibsen jest to olbrzym, a Cyranka — arcydzieło, że pisarze potężnych narodów są karmicielami jego ducha, a swojscy mielą dlań plewy, to on ostatecznie pije mętną wodę, chwali ją jako wyborne wino, a prawdziwym winem obmywa swe naczynia i sprzęty, dziwiąc się, że mu sił nie przybywa.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/mistrz-skandynawski/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Męty zachodnie i czyste źródła skandynawskie</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/mety-zachodnie-i-czyste-zrodla-skandynawskie/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/mety-zachodnie-i-czyste-zrodla-skandynawskie/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 20:29:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Prasa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=171</guid>
		<description><![CDATA[Nawet bardzo stare, bardzo wyżyte i bardzo puste kokietki miewają wielbicieli, czasem daleko liczniejszych niż kobiety piękne, skromne i inteligentne. Przekwitłą urodę, zwiędłe wdzięki, pustkę głowy i serca zastępują one malowidłem, watą lub gumą, obrotnością lub swawolą języka — i tymi środkami oddziaływają na samczą wrażliwość mężczyzn. Ale dziwiąc się ich powodzeniu lub lekceważąc ich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nawet bardzo stare, bardzo wyżyte i bardzo puste kokietki miewają wielbicieli, czasem daleko liczniejszych niż kobiety piękne, skromne i inteligentne. Przekwitłą urodę, zwiędłe wdzięki, pustkę głowy i serca zastępują one malowidłem, watą lub gumą, obrotnością lub swawolą języka — i tymi środkami oddziaływają na samczą wrażliwość mężczyzn. Ale dziwiąc się ich powodzeniu lub lekceważąc ich wartość, niepodobna jednocześnie odmówić im zręczności i sztuki. Są to niewątpliwe talenty. Dajmy zwyczajnej gęsi trochę różu, waty i świeci-deł — niech z tego zrobi przynętę! Nie potrafi.<span id="more-171"></span>Starą kokietką i wysoce utalentowaną jest „literatura piękna&#8221; francuska, która dotąd ciągle dostarcza wzorów i modeli europejskiej. Jeżeli przyjrzysz się jej uważnie, dostrzeżesz zmarszczki, zwiędłość, ślady starań i wysiłków dla podtrzymywania urody i podobania się — podobania za wszelką cenę. Opowiada ona bardzo dowcipnie o wpływach gorsetów i pończoch na miłość, o schadzkach, niezwyczajnych stosunkach i zawikłaniach romansowych, o wybrykach, szałach i upodleniach eleganckiego świata, a przede wszystkim o miłostkowych tajemnicach margrabin, hrabiów, książąt, finansistów, słowem, pustych dusz i pełnych kieszeni. Nader charakterystycznie też nazywa ona powieść „romansem&#8221;. Wiek nikotyny, alkoholu, morfiny, wiek najrozmaitszych używek i silnych podniet przepada za tą wytworną kokotą i spożywa nałogowo jej uczty. Ale uraczony i przesycony nimi, uczuwa co pewien czas niesmak, mdłości, zawroty głowy, delirium, drżenie całego organizmu, a przy tym straszliwą nudę i pustkę. Pokoleniom tego wieku wzrok zaciąga się jakąś mgłą moralnego znużenia, teraźniejszość traci dla nich swe barwy, a przyszłość blaski, nie wierzą nikomu i niczemu, nie widzą naokoło siebie światła i nie czują w sobie gorąca, mają krew chłodną i wodnistą, nie umieją ani silnie kochać, ani nienawidzić. I wy niewątpliwie doświadczyliście tego stanu po przeczytaniu romansu francuskiego — przewracaliście jego kartki z zajęciem i przyśpieszonym tętnem, doznawaliście chwilowej rozkoszy, zdawało wam się, że pijecie jakiś mocny i wzmacniający trunek, że jego fabrykant wynalazł rzeczywiście coś odradzającego, ale gdy zamknęliście książkę, gdy oswobodziliście się od jej gorączkowych wrażeń, niejeden z was powiedział sobie: jakież to ostatecznie głupie i płytkie! Czy nie szkoda było moich wzruszeń nad tym, że żona-rozpustnica musiała pieścić męża-łobuza, gdy jej kochanek-szub-rawiec był ukryty w portierze? Czyż nie szkoda było moich rozrzewnień nad tym, że jakiś margrabia porzucił margrabinę, zauważywszy na jej nogach zielone pończochy? Czy nie szkoda było moich kilku godzin gorączkowego czytania na to, ażeby się dowiedzieć, że w miłości są bardzo niebezpieczne perfumy angielskie?</p>
<p>Te odurzające wonie zbytkownych buduarów, lubieżnych potów, gnijących dusz i ciał rozprasza od czasu do czasu potężny, świeży powiew, który wypływa nagle z literatury narodów młodych lub cywilizacyjnie nie wyczerpanych. Prąd taki, który niesie w swych falach nie tylko nowe pierwiastki myśli i uczucia, ale także nowe formy artystyczne, biegnie teraz z północy, ze Skandynawii. Ani jej siła pplityczna, ani języki nieznane nie mogły mu od razu utorować drogi. Zaledwie Ibsen i Bjornson przedarli się dawniej ze swymi utworami poza granice własnego kraju. Inne talenty bądź zagasły, zanim błysnęły w Europie, bądź teraz dopiero zaczynają jej świecić opuściwszy ojczyznę. Bo Skandynawia mimo swej statystycznej oświaty nie jest czułą matką dla swych wielkich synów. Urzeczywistniwszy ideał naiwnych marzycieli, oczekujących nowej ery od ludu wiejskiego, dała im pouczającą lekcję. Uobywatelnione, dopuszczone do władzy chłopstwo stało się żywiołem nietolerancyjnym, pomimo swego czytania i pisania ciemnym, wstecznym, nie znoszącym śród siebie olbrzymów. „Precz z domu&#8221; — krzyknęło ono do „wyrodków&#8221;, których zrozumieć nie mogło. Uciekł Ibsen, uciekł Strindberg, uciekają Hans-son i Garborg2 — do Niemiec. I to dzięki temu na niebie Europy zapłonęły nowe, pierwszorzędne gwiazdy północne.</p>
<p>Świeżo wyszła w przekładzie polskim niewielka książeczka, jedna z najciekawszych i najpiękniej napisanych, jakie mi się czytać zdarzyło, pt. Młoda Skandynawia. Jej autor, Ola Hansson, którego Krzywicki nazwał w „Prawdzie&#8221; „talencikiem&#8221; 4, a który mnie się wydaje wielkim talentem, kreśli nadzwyczaj barwnie wizerunki J. Brandesa, J. Jacobsena, A. Strindberga i&#8230; A. Garborga, którego powieść Znużone dusze kończymy w dzisiejszym numerze. Nad tym utworem chcę właśnie zatrzymać uwagę czytelników.</p>
<p>„Znużonych dusz&#8221; jest w utworze Garborga kilka, ale żadna z nich nie posiada takiej mocy i żadną koło losu tak nie miażdży. Jeżeli — jak słusznie powiada najcudowniejsze serce — żyć warto tylko albo dla wielkiej idei, albo dla wielkiej miłości, Gram zaś w swym społeczeństwie pierwszej nie znalazł i zatonął w drugiej, którą mu szyderczy, zimny, pożyczony od otoczenia rozum potargał, pojmujemy, dlaczego upadając pod krzyżem swojej niedoli, woła ciągle: Fanny, Fanny, stań przy mnie! Nie stanęła przy nim, nie dźwignęła, więc upadł. Na jego jęki świat odpowiedział piekielnym chichotem, któremu on, biedny męczennik, często wtórował z rozumu, nie uśmierzył jednakże, zarówno jak piolterem lub morfiną, strasznego bólu, którego rany otwierały się coraz szerzej.</p>
<p>Byłoby wielką szkodą, gdyby czytelnicy nasi pominęli powieść Garborga jak wiele bez wartości i wyboru przekładów z tego lub owego języka; byłoby wielką stratą dla naszego społeczeństwa, gdyby ono dalej brnęło w kwestiach gorsetowo-pończosznianych powieści francuskiej i nie poznajomiło się z nowoczesną literaturą skandynawską. Stoimy od chłopów północnych wyżej, gdyż nie skazalibyśmy Strind-bergów na wygnanie, a Garborgowi nie pozwolilibyśmy żyć w nędznej chacie górskiej, ale mistrze tych chłopów nauczyliby nas głębiej spoglądać w naturę ludzką.8</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/mety-zachodnie-i-czyste-zrodla-skandynawskie/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Po śmierci A. Domusa</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/po-smierci-a-domusa/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/po-smierci-a-domusa/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 20:25:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Prasa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=169</guid>
		<description><![CDATA[Pomimo że przecie już od dwudziestu pięciu lat siedzę jako szpetna brodawka na wdzięcznym obliczu prasy warszawskiej, nie wiem dotychczas ściśle, w jakich wypadkach ta arcymilcząca i arcygadatliwa dama zaleca sobie i innym obłudę, a w jakich szczerość. Raz bowiem wynosi na rynek i tanio sprzedaje drobne tajemnice prywatne, które obcych uszu i języków czepiać [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pomimo że przecie już od dwudziestu pięciu lat siedzę jako szpetna brodawka na wdzięcznym obliczu prasy warszawskiej, nie wiem dotychczas ściśle, w jakich wypadkach ta arcymilcząca i arcygadatliwa dama zaleca sobie i innym obłudę, a w jakich szczerość. Raz bowiem wynosi na rynek i tanio sprzedaje drobne tajemnice prywatne, które obcych uszu i języków czepiać się nie powinny, drugi raz starannie osłania występki publicznej wagi, które swymi wyziewami długo zatruwają moralność społeczeństwa. Ma ona zapewne pod tym względem jakąś zasadę, ale ja jej nigdy odgadnąć nie mogłem. I oto również dziś nie wiem, czy mi przystoi powiedzieć kilka słów szczerych o zmarłym Dumasie. W braku wskazówki rozstrzygam sobie wątpliwość ryzykiem, które zresztą jest łatwiejszym dla ludzi nie mających nic do stracenia. Na moim sumieniu ciąży już tyle grzechów szczerości, że jeden mniej by go nie uratował, a jeden więcej nie zgubi.<span id="more-169"></span></p>
<p>Mówiąc bez przenośni, wyznać muszę, że śród autorów używających szerokiej sławy nie znam równie ograniczonego jak Dumas syn, a jego rzeczywiście rzadki talent pisarski daleko mniej mnie zdumiewał niż jego wyjątkowa ciasnota myśli. Połączenie takiego talentu z taką ciasnotą zdarzać się może tylko w naturze Francuza.</p>
<p>Nigdy nie zapomnę dziwnego wrażenia, jakiego doznałem przeczytawszy w jego przedmowie do przekładu Fausta znamienne słowa:</p>
<p>szczycę się, że nie znam języka niemieckiego. Odmalował się w nich cały Francuz ze swoją pyszałkowatą niewiadomością. On jeden tylko na świecie zdolny jest być dumnym z tego, że nie nauczył się języka wielkiego plemienia i wielkiej literatury, on jeden tylko zdolny jest pisać przedmowę do utworu, którego nie zna w oryginale. Gdyby to zrobił Anglik lub Niemiec, starałby się wstydliwie ukryć swoją niewiedzę, a gdyby się z nią nieopatrznie zdradził, wyśmiano by tę lekkomyślną i niedorzeczną przechwałkę. Tego rodzaju zaś brawurę francuską przyzwyczajono się uważać za — dowcip.</p>
<p>Jak wielu „mistrzów&#8221; nadsekwańskich, Dumas nie posiadał gruntownego wykształcenia. Uczęszczał do jakiegoś kolegium, ale niewiele w nim się nauczył i niewiele w średniej szkole francuskiej mógł się nauczyć. Skromnego zapasiku wiedzy, jaki stąd wyniósł, nie dopełnił potem żadnymi studiami, a raczej dopełnił go studiami —- za kulisami teatru, w buduarach dam moralnie koszernych i trefnych, w całym tym wreszcie wesołym życiu, w jakim mógł pływać i nurzać się młody paryżanin, syn znakomitego i hulającego ojca. Że w tej życiowej kąpieli bystrym umysłem zdołał wiele doświadczyć i wiele zebrać spostrzeżeń, że poznał sprężyny i objawy pewnych popędów i pragnień, obnażone z pozorów charaktery wszelakich zgniłków, rozmaite sposoby i postacie uwodzenia, wiarołomstwa, szachrajstw sercowych i obłudy miłosnej — nie wątpię i nie przeczę. Ale czy ta nawet najbogatsza obserwacja, dokonana w jednym społeczeństwie i niemal w jednej jego warstwie, mogła go uzdolnić do zreformowania świata bodajby tylko w jakimś ograniczonym zakresie stosunków? A przecież on z tej reformy zrobił sobie główny cel swej działalności pisarskiej i główny tytuł chwały. Rzucał więc na scenę i stronice broszur rozmaite „kwestie&#8221; i „tezy&#8221;, które rozcinał papierowym mieczem, a które albo nie były żadnymi kwestiami i tezami, albo dawno i lepiej zostały rozwiązane. Właściwie wszystkie one w filozofii Dumasa były szczegółowymi przypadkami jednej: nieuprawnionego stosunku płciowego. Jeżeli weźmiemy parę ludzką, połączoną małżeństwem lub wzajemnym pożądaniem się, jeżeli do tej pary dodamy mężczyźnie drugą kobietę, a kobiecie drugiego mężczyznę, otrzymamy to zrównanie algebraiczno-moralne, nad którym przez całe życie rozmyślał Dumas. Naturalnie, ile z tych czterech osób można zrobić kombinacyj, tyle on miał „tez&#8221; i „kwestyj&#8221;. Żona zdradza męża, mąż — żonę, kochanek — kochankę, kochanka przeniewierza się kochankowi; czysty łączy się z brudną, czysta z brudnym itd. Już sam fakt zagwożdżenia się talentu pisarskiego ćwiekiem jednej sprawy, buchalterią tajemnych rachunków sypialni, jest objawem trudnym do pojęcia, a wielce charakterystycznym dla umysłu mistrza francuskiego. Ale gdyby on przynajmniej w tej swojej specjalności okazał jakąś myśl głębszą i doszedł do jakichś poważnych wniosków! Bynajmniej. Kto wpadnie w kłopoty zatargu samczo-samiczego i zechce zasięgnąć rady u tego „reformatora&#8221;, będzie równie mądrym bez niej jak z nią. Bo nawet takie powikłania stosunków nie dadzą się rozplątywać radykalnie ani dowcipem, ani efektem scenicznym, ani żadnym ze środków sprytu teatralno-życiowego, lecz tylko jakąś socjologią, jakąś etyką, jakąś filozofią, której Dumas nie miał. Raz zdobył się na surogat czegoś podobnego, gdy naprzód radził zabijać wiarołomne żony, a potem wiarołomnych mężów. Pomijam barbarzyństwo tego sposobu zemsty czy kary, który by zamienił świat małżeństw na knieję myśliwską lub bandycką, brzmiącą ciągłymi strzałami, zapytam tylko, czy w ogóle jakikolwiek czyn wymagający szczególnej natury człowieka może być uważany za drogę wyjścia z powszechnych starć moralnych? Są mężczyźni i kobiety, którzy, zranieni głęboko w uczuciach, zabijają przedmioty swej zawiedzionej miłości, ale jest daleko więcej takich, którzy tego nie uczyniliby nigdy. Gdyby Dumas zdradzonemu mężowi doradził, ażeby ten niewiernej żonie zaśpiewał przeklinającą ją arię, wynalazłby równie mądre rozwiązanie „tezy etycznej&#8221;, jak w swym: „Tue la!&#8221;  Wtedy oszukani mężowie odpowiedzieliby mu: „Szanowny mistrzu, my nie umiemy śpiewać&#8221;, jak mu odpowiedzieli: „My nie umiemy zabijać.&#8221;</p>
<p>Ci, którzy głoszą, że Dumas „wkroczył we wszystkie najważniejsze kwestie etyki społecznej&#8221;, a zwłaszcza ci, którzy zapewniają, że je „rozwiązał&#8221;, niechże nam wskażą bodaj jedną, którą usunął z pola zagadek.4 A my mamy prawo obliczać go ściśle z tej zasługi, bo przecież sam mianował się i był mianowany pisarzem tendencyjnym, reformatorem społecznym i moralnym. Jeżeli nim był rzeczywiście, to niepodobna, ażeby po jego długim i autorsko płodnym życiu etyka ludów cywilizowanych nie wykazała jego wpływu. Tymczasem, o ile dojrzeć mogę, ona tak wygląda, jak gdyby wcale nie wiedziała, że on istniał. A jednakże po Augustynie, Montaigne&#8217;u, Locke&#8217;u, Bayle&#8217;u Voltairze i wielu innych zmieniła się znacznie. Czemu? Przyczyna bardzo prosta: ci pisarze, którzy oddziałali na pojęcia i reguły moralne, poddali krytyce zasady dawne i postawili nowe, uczynili to mocą jakiegoś logicznie rozwiniętego systematu, mocą jakiejś dźwigni filozoficznej, przekonań i wiar, czego utalentowany twórca powieści i sztuk teatralnych, jaskrawo oświetlający życie filozofią paryską, nigdy nie posiadał. Ta jego filozofia, dowcipna, błyskotliwa, wybornie nadająca się do deklamacji scenicznej, zważona naukowo, ma wartość pięknie fryzowanych i uperfumowanych kłaków. Nieraz jest ona tak dziecinnie naiwną, tak obcą poważnemu myśleniu, że może imponować chyba tylko żółtodzióbom porastającym w pałki literackie i marzącym o podniebnych lotach w szumnej frazeologii.</p>
<p>Może czytelnik mnie zapyta, dlaczego tak długo zastanawiam się nad pisarzem obcym, którego nie cenię. Oto dlatego, że on długo był i jest jednym z „mistrzów&#8221;, że wielu naszych autorów hipnotyzował, olśniewał i zsyłał im przykre sny o wawrzynach, których słabszymi siłami uszczknąć nie mogą lub nie śmią. Na nieszczęście skutków tego wpływu Dumas posiadał olbrzymi talent pisarski, zdolność smacznego przyprawiania wstrętnych głupstw, trujących paradoksów i mdłych mędrkowań. Dzięki tym przymiotom wlewał w swych wielbicieli, a przez nich w ogół, przekonanie, że to, co on ustami swych bohaterów plecie, jest nową filozofią, nową etyką, nową nauką życia i układu stosunków ludzkich. A to było w najlepszym razie niczym, szeregiem barwnych, zręcznie wydmuchiwanych baniek mydlanych, za którymi uganiał się płytki lub zwyrodniały w swych uczuciach „świat&#8221; i „półświat&#8221;, a które po chwilowym błyszczeniu pękały pozostawiając w powietrzu trochę zwyczajnych mydlin. Trzeba nie mieć żadnego pojęcia o zagadnieniach moralno-społecznych i żadnego dla nich szacunku, ażeby te bańki nazywać badaniem ich lub rozwiązywaniem. Niestety, w dziedzinie artyzmu spotykamy ciągle fakt kojarzenia się wielkich sił w tworzeniu formy, a małych w napełnianiu jej treścią. Leonardo da Vinci, Goethe, Schiller, Mickiewicz — artyści myśliciele są zjawiskiem niezmiernie rzadkim. Ale jeżeli ubóstwo umysłowe innych bywa znośnym lub nawet dosięga miary średnio ukształconego człowieka, to w Dumasie było ono po prostu nędzą. Ponieważ zaś taki pisarz we wpływie swoim nie może przelewać tego, co w nim jest najlepszym i jedynie wartościowym, mianowicie talentu, więc przelewa to, co w nim jest najgorszym: umysłową niemoc. Nikt też nie nauczył się od Dumasa tak świetnie, jak on, pisać sztuk scenicznych, ale wielu nauczyło się od niego stylistycznego opieprzania mdłych komunałów, czynienia etyki praczką brudnej bielizny małżonków i kochanków, odwracania uwagi ogółu od innych spraw poza starciem popędów samczo-samiczych, wtłaczania poważnych zagadnień w pozłacaną łupinę paradoksów, w ogóle zastępowania głębokiej filozofii życia płytkim dowcipkowaniem.</p>
<p>Nie można ani chwili zapominać o tym, że Francuzi byli narodem genialnym, że z ich łona trysnęły najwspanialsze zdroje myśli i uczuć, które krążą dotąd z krwią cywilizacji w żyłach Europy i jej córek, ale ten prąd, jaki beletrystyka francuska wprowadza obecnie do organizmu naszej kultury, jest strumieniem wycieńczających, trujących i upodlających używek. Ktoś zauważył, że w człowieku tkwi całe zwierzę, lecz w zwierzęciu nie tkwi cały człowiek. Nowocześni Francuzi chcą nas przekonać, że owo „plus&#8221;, dodane w człowieku do zwierzęcia, jest bardzo małym, tak niewymiernym i nieważkim, że o nim mówić nie warto. Jedni — jak Zola — czynią ze społeczeństwa oborę lub stajnię, w których wszystko wygląda i odbywa się jak w zwyczajnych oborach lub stajniach. Drudzy, wybredniejsi w doborze widoków zwierzęcych — jak Dumas — starają się tylko ludzkiej trzodzie ozłocić rogi, pociągnąć glazurą kopyta, nałożyć jedwabne uzdy i srebrne kiełzna, pokropić nawóz wonnymi olejkami i śród tej elegancji ukazywać ciekawym akty i skutki mnożenia się gatunków rasowych. Jest to naprzód fałszywe, a po wtóre wstrętne. Po co mamy tę nieprawdę i obrzydliwość przenosić do naszej literatury, a bodaj tylko do naszych gustów? Pomimo że Francuzi tworzą dotąd w Europie niezliczone gromady małp, w tym jednym względzie wszystkie narody opierają się naśladowaniu. W odcinkach dzienników francuskich drukują się i są bez odrazy czytane powieści i nowele, których treści wstydziłbym się opowiedzieć w najbardziej poufnej rozmowie, gdyż po prostu cuchną; w żadnym innym kraju nie przechodzi przez literaturę taki otwarty dla wszystkich kanał. Czyż my nie powinniśmy tamować jego przepływu w naszą? Niech sobie Francuzi czczą Dumasa, niech go mianują członkiem Akademii i wielkim reformatorem, bo był istotnie ich krwią i kością, dla nas jest on wielkim talentem pisarskim, ale jednocześnie płytkim uwodzicielem myślowym, po którym pozostaną tylko ładnie malowane łupiny z robaczywym ziarnem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/po-smierci-a-domusa/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Miłość sceniczna francuska</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/milosc-sceniczna-francuska/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/milosc-sceniczna-francuska/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 12:15:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Prasa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=166</guid>
		<description><![CDATA[Wierzę, że miłość jest uczuciem niezmierzonej siły i wagi; wierzę, że w wątku dziejów przewija się ona jako nić pierwszorzędna; wierzę, że z tego źródła wytrysnęły wszystkie strumienie sztuki i literatury pięknej; wierzę, że bez tego pierwiastku historia ludzkości byłaby całkiem inną, uboższą w barwy i blaski, a życie straciłoby swe najpiękniejsze uroki — wierzę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wierzę, że miłość jest uczuciem niezmierzonej siły i wagi; wierzę, że w wątku dziejów przewija się ona jako nić pierwszorzędna; wierzę, że z tego źródła wytrysnęły wszystkie strumienie sztuki i literatury pięknej; wierzę, że bez tego pierwiastku historia ludzkości byłaby całkiem inną, uboższą w barwy i blaski, a życie straciłoby swe najpiękniejsze uroki — wierzę w to wszystko, ale i w to również, że miłość sceniczna francuska jest najgłupszą istotą w świecie. Każdy autor wybitniejszy jest naszym wierzycielem, u którego zaciągamy jakąś pożyczkę myśli i uczuć; najgłośniejsi komediopisarze francuscy są jedynymi, wobec których nie uważałem się nigdy za dłużnika. Gdym czytał lub w teatrze słuchał utworów Dumasa i Sardou, zdawało mi się, że przede mną otwierają swe serca dzicy, i co chwila musiałem sobie przypominać, że to są ogniłki wysokiej cywilizacji. Dla tych zdechlaków nic nie istnieje prócz poplątanych i pokrzyżowanych w ustroju społeczeństwa nerwowego instynktów płciowych.<span id="more-166"></span> Tu za-szargana ladacznica z brylantem miłości dla mężczyzny, tam z perłą miłości dla dziecka, tu wiarołomna żona, tam rozpustny mąż, tu trzech samców około jednej samiczki, tam trzy samiczki około jednego samca, tu dziecko nieprawe płci męskiej, tam żeńskiej, tu wesele motylów, tam tokowisko cietrzewi — w głowie się kręci od tego piżma duszącego, brudów złoconych obłudą, zakażonych oddechów, a nade wszystko od tych „kwestyj&#8221;. Człowiek ukazuje swój rozum nie tyle w odpowiedziach, ile w pytaniach. Mędrzec może nic nie wiedzieć, ale nie może stawiać niedorzecznych zagadnień. Wolno człowiekowi ukształ-conemu nie znać przyczyny trzęsienia ziemi, ale nie należy dociekać, czy z tej choroby nie uleczyłaby się ona, zażywszy w krater wulkanu olbrzymią ilość chininy. Wolno nie pojmować duszy, ale nie należy zastanawiać się, ile ona w swej figurze ma kątów ostrych. Pomiędzy zaś kresami głupstwa ludzkiego ciągnie się długa skala stopni pośrednich, pytań płytkich, dziecinnych, nie zawierających żadnej zagadko-wości — iw podnoszeniu tych właśnie „kwestyj&#8221; celują Francuzi. „Kwestią&#8221; społeczną może być tylko węzeł, zadziergnięty w warunkach życia jednostki, a nie w jej upodobaniach osobistych. Nieroz-wiązalność małżeństw, niemożność wyżywienia rodziny, brak pracy, przymusy religijne to są „kwestie&#8221;, ale jaką kwestię stanowi pytanie: czy niewinna córka Magdaleny pokutującej ma prawo (!) do serca mężczyzny przyzwoitego (i niemal zawsze ilością kruchych miłostek wyrównującego Magdalenie) oraz czy on powinien i może poślubić ptaszę gniazda pokalanego? Ile razy jadąc tramwajem, widzę, jak koń daremnie macha skróconym ogonem dla spędzenia z grzbietu muchy dokuczliwej, zawsze myślę sobie: ten koń ma do rozwiązania kwestię poważniejszą niż komediopisarze francuscy. Jemu bowiem ogon obcięto, a bohaterowie Dumasa i Sardou sami go sobie obcinają. Oto jest np. młodzieniec ukształcony, zacny, nawet zamożny; obok niego dziewica idealna i również bogata. Kochają się, ale przed ślubem wypływa na wierzch, że jedno lub drugie jest dzieckiem nieprawym. Następuje dramat, który wyprowadza matka, ojciec, ciotka, stryj, brat, wuj lub coś podobnego. Te istoty pobożne stwarzają „kwestię&#8221; ze swych przesądów, wstrętów, uprzedzeń itp. Co dwojgu ludziom zakochanym przeszkadza połączyć się? Czy ich serca, prawa, rozumy, obyczaje? Nie, matka lub ciotka. I to jest „kwestia społeczna&#8221;! Biedny koniu tramwajowy z obciętym ogonem! Sardou, fabrykant komedyj, osnutych na takiej przędzy, napisał między innymi Żorżettę, którą w przekładzie polskim wystawiono na scenie naszej.2 Skruszona ladacznica, jej córka niewinna i nie znająca grzechów matki, a z drugiej strony marynarz zakochany w niej głęboko, jego matka surowa i oporna temu związkowi, wreszcie stryj zdradzający tajemnicę. Małżeństwo rozwiewa się — czemu? Pytanie to zadano autorowi w Paryżu — ciekawą dał odpowiedź: „Gontran, mający matkę, obowiązki rodzinne, słowem, konieczność zachowania pewnych względów, żenić się nie może&#8230;&#8221; Pojmuję dumę ubogiej myśli jakiegoś literata, którego sława najdalszym echem sięga do granic prowincji lub drobnego kraiku, ale ta francuska bezmyślność, rozbrzmiewająca po całym świecie ucywilizowanym, pyszna swą mądrością i podziwiana, jest jednym z najkomiczniejszych zjawisk naszego stulecia. Głupstwo ma w życiu swoje miejsce i prawa, których mu zaprzeczać nie myślę, ale wolno nam od czasu do czasu poskarżyć się na jego zbyt szerokie rozparcie i tryumfy. Otóż sądzę, że głupstwo teatru francuskiego daje nam często ku temu powód. Jest ono bezczelnym i zręcznym. Zasypało głębie wszystkich wielkich uczuć piaskiem różnych marnych „względów&#8221;, ujęło serce ludzkie w pętlicę konwenansu, nadało moc pobudkom, które jej mieć nie powinny, usidliło wolę człowieka w łykach przesądów, zatamowało swobodne wylewy miłości stawidłami towarzyskiej chiń-szczyzny — słowem, wyjałowiło grunt duchowy, odciągnęło uwagę ogólną marnościami od zagadnień istotnie poważnych. Ponieważ zaś grunt ten nie jest u nas płodnym, a te zagadnienia dość uwzględniane, więc przyznaję, że każdy wjazd blagi francuskiej na scenę naszą sprawia mi przykrość. Wolę wszystko raczej, nie wyłączając melodramatów, niż te „kwestie&#8221; i „tezy&#8221; teatralne, w których tyle tkwi sensu, ile potu w platynie.</p>
<p>John Lubbock 3 miał niedawno w Preston odczyt o „obowiązku człowieka być szczęśliwym&#8221;. O „obowiązku&#8221; — uważacie — a nie o „prawie&#8221;. Zapewne o takich powinnościach można mówić w Anglii, ale wywody Lubbocka do pewnego stopnia zachowują swą słuszność i tam, gdzie daleko częstszym obowiązkiem bywa nieszczęście. Istotnie, jak radził już dawno Epikur, Maupertuis Holbach, Beneke, człowieka trzeba tylko uczyć miar i wag życia, umiejętności oceniania, co dla niego jest dobrem trwalszym i przemiennym, a wtedy on będzie roztropnym, zacnym i szczęśliwym. Niezmiernie łatwym jest do zrozumienia zadanie arytmetyczne, które wykazuje, że kradzież nie zapewnia korzyści, a praca ją zapewnia. Gdyby komediopisarze francuscy znali i stosowali tylko tę prostą arytmetykę, straciliby dużo „kwestyj&#8221;, ale zyskaliby tyleż istotnych zagadnień życiowych. Dwoje ludzi zakochanych ma „obowiązek uszczęśliwienia się&#8221; nawet wbrew woli papy, mamy, ciotki i stryja, pragnących dogodzić swym kaprysom, jeśli tylko żadne z nich nie krzywdzi nikogo. Lubbock bardzo trafnie uzupełnił naszą etykę. Mówimy zwykle o „prawie&#8221; do szczęścia, on zamiast prawa podstawia powinność, która jest silniejszą. Przypuśćmy, że ów zrozpaczony, którego schwytano w zeszłym tygodniu na moście wiślanym, gdy chciał się utopić z głodu, powiedział: miałem prawo do chleba, ale go zdobyć nie mogłem. Prawo do chleba! Bardzo wątpliwe! Ale gdyby ten biedak odrzekł: miałem obowiązek jedzenia, który na mnie włożyła natura, a ponieważ go spełnić nie mogłem, więc chciałem rzucić się do Wisły, byłoby to uzasadnienie słuszne. Podobnież Paula, córka Zorżetty, rozmyślając nad tym, czy ma prawo zaślubić Gontrana, którego jej nie daje matka, stryj, znajomi — jest śmieszną, ale skoro powoła się na obowiązek swego serca, rozetnie węzeł od razu. Prawami lokomotywy są jej szybry, hamulce i relsy, obowiązkiem — siła pary. Chociażby więc te prawa ją powstrzymały, ona rwać się będzie naprzód. Podobnie człowiek. Nikt sam siebie nie stworzył, nikt sobie nie dał uczuć i pragnień, więc nikt nie może tych swoich powinności wewnętrznych łamać dla lada przesądu lub grymasu cudzego, dla byle „kwestii&#8221;. Niech człowieka obstąpią i skrępują wszystkie ustawy, zwyczaje, przepisy światowe, nie zdołają wydrzeć z jego serca obowiązku kochania, czyli dążenia do szczęścia, bo to jest obowiązek jego natury. Może on sam w sobie stłumić to uczucie, ale tylko innym jakimś obowiązkiem wielkiej mocy. Co to wszakże obchodzi p. Sardou i wszystkich fabrykantów librett widowiskowych!</p>
<p>Porównanie czasów obecnych z dawnymi w wielu kierunkach nie wypada na korzyść naszą. Niewątpliwie zaś w teatrze, który coraz bardziej staje się budą jarmarczną, odsuwaną od literatury, a zbliżoną do igrzysk. Najgorliwiej pracują nad tym Francuzi.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/milosc-sceniczna-francuska/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Z ciemności na światło</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/z-ciemnosci-na-swiatlo/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/z-ciemnosci-na-swiatlo/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 12:11:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Prasa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=164</guid>
		<description><![CDATA[Kto i co u nas czyta? Pomysłowości tak postawionemu pytaniu dla wywołania polemiki odmówić niepodobna. Bo naturalnie skoro ani księgarz, ani wydawca pisma nie prowadzi żadnej kontroli stanu i płci swych nabywców i abonentów, skoro rządca domu w mieście, a sołtys na wsi nie badają i nie wykazują szematycznie ludzi czytających, to można przy powyższym [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kto i co u nas czyta? Pomysłowości tak postawionemu pytaniu dla wywołania polemiki odmówić niepodobna. Bo naturalnie skoro ani księgarz, ani wydawca pisma nie prowadzi żadnej kontroli stanu i płci swych nabywców i abonentów, skoro rządca domu w mieście, a sołtys na wsi nie badają i nie wykazują szematycznie ludzi czytających, to można przy powyższym pytaniu kłócić się i rozprawiać do skończenia świata. Paweł powie, że najliczniejszymi spożywcami literatury są garbaci, Gaweł — że kulawi, Jan — że blondyni, Piotr —&#8217; że bruneci, Anna — że kobiety, Maria — że wdowy itd. W rozstrzyganiu tej zapewnionej na całą przyszłość „kwestii&#8221; nie myślę zabierać głosu, zwłaszcza że przed śmiercią nie mogę się z nim spóźnić. Jeżeli wszakże pytanie, kto u nas czyta, pozostanie długo otwartym polem dla turniejów, natomiast inne, co czytamy, prędzej znaleźć może swoją odpowiedź. Bo naturalnie czytamy to, co wydajemy, a ponieważ z wykazów bibliograficznych wiadomo, że najwięcej drukujemy powieści, więc wniosek prosty. Śród tych powieści najwięcej przypada na krajowe i francuskie, czyli na idealny realizm i naturalizm. Idealizm angielski i niemiecki płynie tylko wąskim strumykiem przez pisma kobiece.</p>
<p><span id="more-164"></span>Znaki świtu są liczne, wskażę tylko jeden. Czemu fantazja Bellamy&#8217;ego W wieku XXI tak szybki i obszerny zyskała rozgłos? Czy przez nadzwyczajny talent autora? Bynajmniej, pochłonięto ją w setkach tysięcy egzemplarzy dlatego, że ukazała jasny obraz przyszłości, że przedstawiła ludzi oczyszczonych z błota, a ich stosunki w układzie idealnym. Jest ona przecie nie zbiorem „dokumentów ludzkich&#8221;, ale marzeniem, utopią, a mimo to pociągnęła ku sobie więcej umysłów niż najznakomitszy utwór naturalistyczny. Ludzkość, błądząc po piekle„Cokolwiek powiedzą różni nadsprejscy i nienadsprejscy kry-fycy — wyrokuje w «Kurierze Codziennym* p. Z.L.Ś. — literatura francuska zdołała i w tych czasach szarych, robaczywych, czasach małych talentów, a wielkich za to pretensji, utrzymać dawne swoje przodownicze stanowisko w świecie. Choć pisarzom francuskim zazdroszczą tego i zaprzeczają z namiętnością zbyt silną, aby miała być sprawiedliwą, ci, którzy by chcieli zająć ich miejsce, to wszelako literatura francuska, jak zawsze, tak i teraz, nadaje — że tak powiem — ton dziedzinie twórczości literackiej na świecie całym.&#8221; Jeżeli ów „ton&#8221; ma znaczyć wzór, powyższe twierdzenie jest nieprawdą, gdyż ani Niemcy, ani Anglicy, ani Rosjanie, ani Polacy nie naśladują Francuzów i nie powtarzają za mistrzami ich nuty głównej, wydobywanej z „dokumentów życia&#8221;.<!--more--> Ale jeżeli „ton&#8221; ma znaczyć powodzenie, to rzeczywiście powieści francuskie mają najwięcej czytelników w świecie cywilizowanym. A jakie? Naturalistycznc i realne. Objaw ten zasługuje na uwagę i coraz częściej ją zwraca. Nie jest on zależnym jedynie od formy, w której się wyraża, od talentów, ale w znacznej mierze od istoty, od treści. Otóż dlaczego on tak dogodził upodobaniom ludzkim, duchowi „szarych, robaczywych czasów&#8221;? Czasy te rozpoczęły się w Europie z epoką wielkich przełomów politycznych i przewrotowych dążeń społecznych. Pierwsze natchnęły świat cynizmem brutalnej siły, drugie — namiętnością burzącej krytyki. Przypomnijmy sobie, że od lat dwudziestu Brennus niemieckis, będący jednocześnie apostołem pięściowej i maczugowej etyki, niezmordowanie nauczał Europę poszanowania i czci dla uprawnionego powodzeniem rozboju, wyśmiewał „sentymentalizm&#8221;, tj. uczucie miłosierdzia, sprawiedliwości, idealnych pragnień, lecząc swój naród gwałtownymi środkami z tej „choroby&#8221;. Nie krył on swego wstrętu i wzgardy dla wszelkich niesamolubnych pierwiastków ludzkich, z zuchwałością, na którą dotychczas ważyli się tylko zmyśleni przez poetów szatani, wyszydzał cnoty, obowiązki i poświęcenia, kusił do wiary w bóstwa nienawiści i wojny, a uwodził nie tyle przekonywaniem, ile olśniewającymi tryumfami. Jeden z angielskich mężów stanu, przypatrzywszy się temu apokaliptycznemu potworowi, wyznał zdumiony, że nigdy jeszcze nie widział człowieka tak ogołoconego z uczuć szlachetnych. Człowiek ten zaś przez ćwierć wieku posiadał w swoim państwie nieograniczoną władzę, a poza nim wywierał szeroki wpływ. Więc znalazł wielbicieli i naśladowców, którzy, jak on, zaczęli budzić w duszach instynkty złe, a usypiać i dusić dobre. Rozbrzmiały też w Europie hasła walki, egoizmu, dumnego barbarzyństwa, które wypłoszyły z życia cały orszak mar idealnych. Nawet ci, którzy nie przyjmowali czynnego udziału w tej dzikiej orgii, patrzyli na nią z uznaniem lub pobłażliwością, uważali ją za naturalny obraz cywilizacji. My żyliśmy w epoce kultu Bismarcka, mniej lub więcej poddaliśmy się jego działaniu, więc nie możemy, jak nie mogli dobrowolni i przymusowi czciciele Molocha lub świadkowie okrucieństw Nerona, wyjść ze swego czasu i ocenić jego wypadków. Ale gdy przyjdą następne pokolenia za lat pięćdziesiąt lub sto, gdy odczytają kazania sejmowe kanclerza niemieckiego, poznają sprężyny jego czynów i skutki jego wpływów, wtedy przerażą się rozmiarami zarazy moralnej, ogromem zaćmienia umysłowego, uwstecznieniem cywilizacji, zwyrodnieniem uczuć. Pojmą one, że w takiej atmosferze człowiek zwątpił o dostojeństwie człowieka, pragnął go tylko wyzyskać, ujarzmić, zgnębić lub zgładzić, że powieść, odbijająca stosunki ludzkie, musiała zająć się głównie malowaniem spodlenia i ohydy. Ideały pierzchły z życia, więc ich świetlane widma nie przesuwały się między bohaterami sztuki, której zrabowaną świątynię napełnił zwycięski motłoch. Gwałtowny nurt reformacyj-nych dążeń społecznych nie mógł również unosić z sobą umysłów w krainę ideału, gdyż jego głównym celem było podmycie i obalenie dotychczasowej budowy życia zbiorowego. Rzucał on z wściekłością0 jej mury swe spienione fale, był burzą, wulkanem, siłą niszczącą, ale nie twórczą. Walcząc przeczeniem i krytyką, musiał przede wszystkim odsłaniać zgniłe podwaliny, kruche wiązania, okrywające zgniliznę, nędzę, zepsucie i bezprawia. Był on piorunującą filipiką, aktem oskarżenia, pozwem lub klątwą, więc wydobywał na wierzch głęboko ukryte błoto, występki i niecnoty. Ludzkość stanęła w sądzie dla wysłuchania i przeprowadzenia sprawy łupiestwa, chciwości, oszustwa krzywd wszelkich, powaśnione strony zaczęły wzajem znieważać się i odsłaniać do naga swoje samolubstwo. I znowu powieściopisarzom ukazał się tłum wrzaskliwy, o kawał mięsa lub nie ogryzioną kość walczący, zniżony do poziomu najgrubszych namiętności, ożywiony jedynie żądzą płciową i głodem lub nienawiścią. Ponad tym sfalowanym i spienionym morzem życia przeleciał niekiedy śród ciemności jak meteor charakter wielki, promienisty, ale gasł szybko, nie zdoławszy jej rozświecić. Pozostawała trwale wzburzona masa, a nad nią drobne gwiazdki, słabo przebłyskujące spoza chmur czarnych.</p>
<p>Na tym gruncie rozkładu społecznego, wyjałowionym z pierwiastków idealnych, w gospodarce siły brutalnej narodził się współczesny naturalizm i realizm rozmaitych odcieni. Pod hasłem: człowiek jest zwierzęciem — powieściopisarze zaczęli poszukiwać „dokumentów ludzkich&#8221;, udowadniających zwierzęcość tego gatunku. Zeszli więc do głębin życia, zrewidowali najskrytsze tajniki natury człowieka i wynieśli na wierzch całą ohydę, wszystkie zbrodnie, nieprawości, podrabiane altruizmy, zgniłe uczucia, przewrotne zasady, obłudne pozory i z tego materiału złożyli olbrzymie piramidy podłości jako pomniki chwały czasu. Nigdy świat zwierzęcy tylu bezeceństw nie wytworzył, nigdy ludzki tylu w swym łonie się nie domyślał. Każdy wyraz tych „dokumentów&#8221; obrzydliwie cuchnie, każdy wiersz jest strugą błota, każdy ustęp — kałużą. Kto zaś w wyścigu tych poszukiwań nie odnalazł „dokumentu&#8221; wiarogodnego, przedstawił podrobiony, aby tylko zadowolić rzeszę łaknącą wrażeń tego wielkiego kryminału. Ale wreszcie wrażenia te znużyły, gorszące widoki obmierzły. Ludzkość zapragnęła po nich odpoczynku, zatęskniła do jaśniejszych, idealniejszych obrazów życia, do swej godności, którą w sobie czuje. Coraz wyraźniej pyta ona jak Bóg Lotha: czy między sodomczykami nie ma uczciwych ludzi, dla których należałoby ocalić miasto? Czy świat jest tylko zbiorowiskiem morderców, złodziejów, wiarołomców, rozpustników, maniaków i łotrów? Z pytania tego wybłyskuje na widnokręgu literatury brzask nowej doby. Jakie wejdzie słońce, nie wiadomo, ale to pewna, że nie będzie ono ponurą pochodnią dnia dzisiejszego. Tak, najmocniej w to wierzę, iż w rozwoju twórczości artystycznej zbliżamy się do zwrotu w kierunku bardziej idealnym, który nie potrzebuje być wcale okresem babiego lata minionej romantyki. Niezadługo będziemy pisali i czytali powieści wzniesione ponad sromotę życia, stwarzali bohaterów podniosłej miary, wypalali z brył ludzkich pierwiastki szlachetne. Ludzkość nie może długo żyć w zupełnym o sobie zwątpieniu, a jakąż nadzieję wlewa w nią rozmazujący brudy hańby człowieczej naturalizm? Po zamknięciu powieści Zoli można tylko splunąć, ale niepodobna o niczym zamarzyć.</p>
<p>Inne spoczywają w łonie niedalekiej przyszłości. Tymczasem karmimy się jeszcze różnymi przyprawami francuskiego naturalizmu, jeszcze przypatrujemy się powieściowym preparatom nerwów znieczulonych, mózgów rozmiękłych, serc stwardniałych, ciał przegniłych. To jest nasza lektura poza twórczością swojską, która bądź trzyma się wzorów dawnych, bądź nowe naśladuje lękliwie. Za wiele spożyliśmy „naturalizmu&#8221;, ażeby on i na nas nie oddziałał. Obyczaje narodu powstrzymały ogłaszanie „dokumentów ludzkich&#8221;, tradycja przystojności publicznej skrępowała powieściopisarzów wstydem, rzetelnego też zo-lizmu nie mamy wcale, jego wszakże zasada utkwiła w naszych gustach i w naszym probierzu krytycznym. Przy sądzeniu utworów beletrystyki badamy zawsze ich stosunek do rzeczywistości, sprawdzamy, czy one są „z życia wzięte&#8221;, czy posiadają w swej mieszaninie dostateczny procent realizmu. Ale ulegając rozwojowi i odczuwając drgnienia ludzkości w jednym kierunku, odczuwamy je również w drugim. Inne narody, zapatrzone w przyszłość, zachwyciły się powieścią Bellamy&#8217;ego; my, zapatrzeni w przeszłość, unosimy się nad powieściami Sienkiewicza. Obaj autorowie snują fantazje zupełnie oderwane od rzeczywistości, obaj idealizują ludzi i ich stosunki, tylko że pierwszy zalewa światłem to, co będzie, a drugi to, co było.</p>
<p>Nie chcę tymi uwagami potępiać lub wysławiać takiego lub innego rodzaju twórczości, sądzę bowiem, że wszystkie mają jednakie uprawnienie, ale nie wszystkie odpowiadają zarówno potrzebom czasu. Szlamowanie życia z mułu i wywożenie go na pole było koniecznym momentem rozwoju, ale nadeszła chwila, w której ludzkość łaknie czystej wody. Tęsknimy za epoką hellenizmu, humanizmu, romantyzmu, za okresami, które już nie wrócą, a wróciwszy nie zadowoliłyby naszych pragnień, ale w których życie nie przedstawiało pola karczowanego, mierzwionego, oranego, lecz niwę bujnie obrosłą i kwitnącą, wonną i jasną. Niedawno jeden z naszych korespondentów, mówiąc o „wolnej scenie ludowej&#8221; w Berlinie i o zamiarze wystawienia na niej naturalistycznych dramatów Hauptmanna i Holza, słusznie zauważył: „Kto wie, czy lud, ciężko pracujący przez tydzień cały, w niedzielę z przyjemnością spoglądać będzie na to odzwierciedlenie nędzy i cierpień własnych, czy potrzeba rozweselenia się i wzniesienia nad poziom trosk codziennych nie odciągnie go od sceny dlań przeznaczonej!&#8221; Tak jest, o czym wkrótce się przekona „scena ludowa&#8221;.</p>
<p>Wybaczcie, zapomniałem zupełnie o wokandzie „spraw bieżących&#8221; i wypełniłem całą tę rubrykę rozmyślaniem, wcale z nimi nie związanym. Darujcie to odstępstwo od zwyczaju skazanemu na ciężkie roboty, który ubezwładniony nie mogąc sam, jak by tego pragnął, uczestniczyć w pewnej pracy, marzy przynajmniej o tym, że ją inni podejmą.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/07/z-ciemnosci-na-swiatlo/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Litwos część 29</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-29/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-29/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Jun 2009 17:48:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Sienkiewicz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=161</guid>
		<description><![CDATA[Najważniejszą i dla każdego autora rozstrzygającą jest odpowiedź na pytanie, co on wnosi do literatury swojego narodu. Jako myśliciel Sienkiewicz dotąd nie wniósł nic nowego; jako artysta nie wprowadził nowych zasad twórczości artystycznej, lecz rozwinął i udoskonalił technikę poprzedników: Kaczkowskiego, Rzewuskiego, Kraszewskiego, zapożyczywszy nieco środków artystycznych od Daudeta, OuidyM i innych autorów zagranicznych. Jest to [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Najważniejszą i dla każdego autora rozstrzygającą jest odpowiedź na pytanie, co on wnosi do literatury swojego narodu. Jako myśliciel Sienkiewicz dotąd nie wniósł nic nowego; jako artysta nie wprowadził nowych zasad twórczości artystycznej, lecz rozwinął i udoskonalił technikę poprzedników: Kaczkowskiego, Rzewuskiego, Kraszewskiego, zapożyczywszy nieco środków artystycznych od Daudeta, OuidyM i innych autorów zagranicznych. <span id="more-161"></span>Jest to dziś w młodym pokoleniu powieściopisarzów talent najwybitniejszy, ale, jak wszystkie talenty pochodne, wzbogaca literaturę bardziej ilościowo niż jakościowo. Względem wielkich mistrzów sztuki pozostaje on w tym stosunku, w którym np. pozostają zdolni technicy, ulepszający genialne wynalazki. Dodana szrubka, zmienione koło rozpędowe lub inny układ jego rur — wszystko to dla lokomotywy są rzeczy ważne, nawet zapewniają swym autorom prawo patentu, stanowią wszakże drobne postępy wobec pomysłów Stephensona i Watta. Sienkiewicz nie stworzy szkoły i pozostanie uczniem, ale uczniem utalentowanym. Toteż literatura polska, witając go, nie potrzebuje przybierać się w świąteczne szaty i dawać mu do rąk palmy mesjanicznej, ale musi w nim widzieć jedną z dzielniejszych sił na teraźniejszość i przyszłość najbliższą.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-29/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Litwos część 28</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-28/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-28/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Jun 2009 17:47:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Sienkiewicz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=158</guid>
		<description><![CDATA[Jako artysta jest Sienkiewicz talentem wysokiej, choć nie pierwszorzędnej miary. Balzakowi, Flaubertowi, Dickensowi, W. Hugo, nawet wspiąwszy się, nawet podsadzony przez hr. Tarnowskiego, w oczy nie zajrzy, ale polskich powieściopisarzów dorasta lub przerasta. Nie jest cn w twórczości swojej śmiałym, oryginalnym, olśniewającym, klasycznym, nie opracowywa swych utworów — jak żąda Horacy  — aż do paznokcia, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jako artysta jest Sienkiewicz talentem wysokiej, choć nie pierwszorzędnej miary. Balzakowi, Flaubertowi, Dickensowi, W. Hugo, nawet wspiąwszy się, nawet podsadzony przez hr. Tarnowskiego, w oczy nie zajrzy, ale polskich powieściopisarzów dorasta lub przerasta. Nie jest cn w twórczości swojej śmiałym, oryginalnym, olśniewającym, klasycznym, nie opracowywa swych utworów — jak żąda Horacy  — aż do paznokcia, często nie dba o prawdę życiową i konsekwencję psychologiczną, wielkim dramatom swoją nowelistowską siłą podołać nie umie i nadsztukowywa ją uroczystym odmawianiem z bohaterami polskiego lub łacińskiego pacierza, ale opowiada nadzwyczaj mile, żywo, rozkosznie lub rzewnie. <span id="more-158"></span></p>
<p>Nazwano go świetnym stylistą, którym nigdy nie był. Każdy jego utwór prosi się o ołówek sumiennego korektora. Sienkiewicz może bez skrupułu napisać: „Dnie całe spędza-ł e m samotnie na koniu, to w lasach, to w szuwarach na łodzi. Żyłem jak dziki człowiek. Raz całą noc przepędziłem w lesie ze strzelbą i psem przy ognisku, które roznieciłem umyślnie. Czasem po pół dnia spędzałem z owczarzem itd.&#8221; 83 W porównaniach ubogi i pospolity („Tak im było dobrze, że aż strach&#8221;; Orso itp.), nie zdradza w ogóle bliskiego pokrewieństwa z wielkimi mistrzami słowa. Styl jego jest mową codzienną w wyższej potędze.</p>
<p>Bezwzględny realizm w powieści, nawet u Zoli, pozostanie na zawsze mrzonką lub tematem do scholastycznych sporów, gdyż żadna sztuka nie odtwarza życia wiernie, nawet fotografia. Istnieją tylko rozmaite stopnie naśladowania rzeczywistości. Otóż Sienkiewicz zajmuje stopień dość odległy. Jego opisy natury są dość realne, ale rozwój charakterów ludzkich zwykle fantastyczny, bo go ciągle wyłamuje nie opuszczająca nigdy autora chęć wzruszenia czytelników. Dość wspomnieć tu o ciągłym umieraniu i zmartwychwstawaniu Bohuna, o przewrotach w Zagłobie, o mitycznej sile Podbipięty, o miłości Heleny do Skrzetuskiego, miłości zawiązanej przez&#8230; sokoła. „Oto raróg, postawiwszy jedną nogę na ręku panny, drugą chwycił się namiest-nikowej dłoni i zamiast przesiąść, począł kwilić radośnie i przyciągać te ręce ku sobie tak silnie, aż się musiały zetknąć.&#8221; 84 Ten ślub, dany na stepie przez sokoła nie znanej sobie dotychczas parze, jest szczytem sentymentalizmu. Sienkiewicz sentymentalizuje ciągle, ale gdy sielankowy kisiel popieprzy nieco kilkoma grubszymi wyrazami, zaraz krytyka zachwyca się jego „realizmem&#8221;. Tymczasem jest on realistą salonu, realistą sielanki, twórcą puszków i obłoczków życiowych.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-28/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Litwos część 27</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-27/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-27/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Jun 2009 17:37:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Sienkiewicz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=156</guid>
		<description><![CDATA[Jest to daleko większa wada powieści Ogniem i mieczem niż wszystkie inne, niż wykazana mu nieznajomość Ukrainy i jej języka &#8216;. A jednakże przeoczenie to wytłomaczyć sobie łatwo. Sienkiewicz musiał zakryć przyczyny wybuchu, ażeby nie popsuć sobie apoteozy szlacheckiej, o którą mu głównie chodziło. Wtedy bowiem z ramion sławionych „królewiąt&#8221; spadłyby majestatyczne togi i ukazała [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jest to daleko większa wada powieści Ogniem i mieczem niż wszystkie inne, niż wykazana mu nieznajomość Ukrainy i jej języka &#8216;. A jednakże przeoczenie to wytłomaczyć sobie łatwo. Sienkiewicz musiał zakryć przyczyny wybuchu, ażeby nie popsuć sobie apoteozy szlacheckiej, o którą mu głównie chodziło. Wtedy bowiem z ramion sławionych „królewiąt&#8221; spadłyby majestatyczne togi i ukazała się szpetna nagość. Tego nie mógł zrobić redaktor „Słowa&#8221;, stańczyk rozwieszający papierową chorągiew z pobożnymi wykrzykami na znak swego udziału w pielgrzymce do Częstochowy (przed kilku laty)&#8221;. Była to wszakże ze strony autora zbyt wielka ofiara dla „obozu&#8221;, bo głównie dzięki jej powieść stała się tylko kalejdoskopem bitew.<span id="more-156"></span></p>
<p>Przejrzawszy całkowitą działalność Sienkiewicza, otrzymujemy w rezultacie taki jego wizerunek. Jako myśliciel nie posiada on żadnych stałych zasad, lecz upodobania, które zawsze ciągnęły go w stronę szlachecką. W społeczeństwie widzi głównie dwa stany: bezgranicznie głupich, nieokrzesanych, półdzikich chłopów oraz prawych, trochę dla ludu za obojętnych, ale szlachetnymi popędami dobrej krwi ożywionych panów. Inne stany społeczne dla Sienkiewicza prawie nie istnieją. Jest to zadziwiającym i niezmiernie charakterystycznym, że pisarz młody, a więc na współczesność czulszy, ani jednym obrazkiem, ani jedną postacią nie zaznaczył w swych utworach nowego, a tak ważnego żywiołu, który sprowadził wrzenie w całej Europie i rozpłynął się w naszym łonie, podczas gdy starsi autorowie nie przeszli mimo tego prądu 81. Skutkiem tego stary Jeż jest żywotniej-szy niż młody Sienkiewicz. Jeżeli ostatnie pokolenia czytają Ogniem i mieczem lub Hanią, to tylko dla przyjemności estetycznej. Cała płonąca ku nowym ideom młodzież nie otwiera książki Sienkiewicza z drżeniem i nie zamyka jej z zachwytem (jak rosyjska czytając Turgieniewa), gdyż wie, że oprócz głupiego chłopa i rozumnego pana lub jakiegoś odwaru ludowego, który wsiąka w gąbkę szlachecką, nic innego nie znajdzie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-27/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Litwos część 26</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-26/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-26/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Jun 2009 17:35:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Sienkiewicz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=154</guid>
		<description><![CDATA[Skutkiem tego powieść ma dwie główne i niezmiernie ciężkie wady: nie przedstawia gruntu życiowego, na którym się toczą wypadki, a w ich biegu nie odsłania przyczyn. Trudno uwierzyć, a przecież Sienkiewicz nie nakreślił wcale tła swego obrazu. Mniejsza o zupełny brak ludu polskiego, z którego nie wziął na pokaz nawet przysłowiowego Paradebauera uroczystości szlacheckich, ale [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Skutkiem tego powieść ma dwie główne i niezmiernie ciężkie wady: nie przedstawia gruntu życiowego, na którym się toczą wypadki, a w ich biegu nie odsłania przyczyn. Trudno uwierzyć, a przecież Sienkiewicz nie nakreślił wcale tła swego obrazu. Mniejsza o zupełny brak ludu polskiego, z którego nie wziął na pokaz nawet przysłowiowego Paradebauera uroczystości szlacheckich, ale czyż nie należało w czterech tomach przeznaczyć bodaj kilku kartek dla paru szkiców z życia domowego szlachty, zwłaszcza że jej zjazd na wybór króla do Warszawy nastręczał ku temu sposobność? Widzimy tylko szumiącą pianę wojenną, ale co pod nią? <span id="more-154"></span></p>
<p>Biją się, odpoczywają i znowu się biją. To nie powieść historyczna, odzwierciedlająca cały widnokrąg danej chwili, ale pamiętnik żołnierza, który nie miał czasu ani wyjść z obozu, ani zatęsknić do domu i przypomnieć go sobie.Brak tego życiowego podkładu musiał sprowadzić brak w tłomacze-niu wypadków. O co walczy Skrzetuski z Bohunem, wiemy, ale o co Wiśniowiecki z Chmielnickim — nie wiemy. Pierwszy broni władzy, a drugi się buntuje? Byłoby to wystarczającym, gdyby do owego buntu nie zerwało się całe kozactwo, gdyby sam autor nie zapewniał, że ono tworzyło półmilionową chmurę, że każde w tej chmurze usta ryczały nienawiścią przeciwko „Lachom&#8221;. Jaka przyczyna wywołała ten huragan, tę nienawiść, te wybuchy rozwścieklonej zemsty, to całe bluzgające ulewą krwi starcie? Czy tak oto po prostu Chmielnicki z osobistych pobudek krzyknął, a na jego głos kozactwo wyskoczyło do rzezi? Sienkiewicz w (przytoczonej poprzednio) rozmowie Skrze-tuskiego z Chmielnickim napomina leciuchno o ucisku królewiąt, który zrodził wojnę socjalną, ale jest to nawiasowe słówko, rzucone w przelocie, bez żadnego akcentu. Ostatecznie czytelnik, nie dość przygotowany w historii, nie zgaduje wcale, o co wiodą się nieustanne boje, i nieraz gotów przypuścić, że o&#8230; kniaziównę.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-26/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Litwos część 25</title>
		<link>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-25/</link>
		<comments>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-25/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Jun 2009 17:31:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Sienkiewicz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://artykuly.divingforum.pl/?p=151</guid>
		<description><![CDATA[1 sztukowanym konturze znajdujemy tyle dowcipu, humoru, jędrno-ści i pomysłowych szczegółów, że Zagłoba jest najwyższą miarą, do jakiej wzniósł się talent Sienkiewicza. Gdy ten okseft tłuszczu i wina, mający odruchy szlacheckie, jedzie z Kozakiem, Bohunem, na rabunek, a potem wykrada ze spustoszenia i rzezi kniaziównę i, przebrany za dziada, tuła się z nią po stepie, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>1 sztukowanym konturze znajdujemy tyle dowcipu, humoru, jędrno-ści i pomysłowych szczegółów, że Zagłoba jest najwyższą miarą, do jakiej wzniósł się talent Sienkiewicza. Gdy ten okseft tłuszczu i wina, mający odruchy szlacheckie, jedzie z Kozakiem, Bohunem, na rabunek, a potem wykrada ze spustoszenia i rzezi kniaziównę i, przebrany za dziada, tuła się z nią po stepie, osaczony rozwścieklonym kozac-twem, gdy drżąc ze strachu, zabija wojowników tatarskich i należy do niebezpiecznych wypraw, przedstawia nam dziwolągi psychologiczne, które tylko chęcią podszycia bohaterstwem nawet wieprzów jednej strony wytłomaczyć można, ale gdy autor opisuje tego samego Zagłobę, nurkującego w trawach stepowych, przeklinającego konieczność brania udziału w bitwie, przechwalającego się z niebywałych zwycięstw, bawiącego swe otoczenie grubym humorem, jego pióro budzi istotny podziw bogactwem barw niezwykłych. <span id="more-151"></span></p>
<p>Sienkiewicz, którego dialogi zwykle są mdławe, miękkie, rzadko nad pospolitość wzniesione, z ust tej jednej karykatury wydobywa takie potoki szczerego i przedziwnego humoru, że trzeba się obejrzeć za najlepszymi wzorami, ażeby znaleźć odpowiednie porównanie. I tylko właśnie doskonałość takiego wzoru w Falstaffie wyjaśnia nam w autorze ten szczęśliwy nastrój.</p>
<p>Trzeci muszkieter, Podbipięta, milczy odpierając dobrodusznymi zdziwieniami podcięcia Zagłoby i — głowy ścina. Gdy ściął trzy, zginął w nierównej walce. I to także sympatyczna, chwilami zabawna karykatura Pomijam długi szereg charakterów dalszego planu, nawet artystycznie zakwefioną i w roli wydzieranego sobie łupu przeważnie występującą Helenę, gdyż brak mi miejsca na przesunięcie ich przed oczami czytelnika, chociaż niektóre z nich, np. kniahinią Kurcewiczowa i pachołek Rzędzian, za fantazją autora świadczą wymownie.</p>
<p>Powieść Ogniem i mieczem należy niewątpliwie do najlepszych płodów piśmiennictwa polskiego. Jest to bowiem obraz o zakroju szerokim, niektóre w nim szczegóły, zwłaszcza opisowe, wykonane świetnie, wątek wywija się żywo, materiał obserwacyjny zbytkowny, pomysłowość rozległa, zasób archeologiczny duży, zużytkowywanie go pewne i swobodne, zaciekawianie umiejętne — mimo to wszystko jest to utwór może najmniej oryginalny i najułomniejszy artystycznie ze wszystkich, jakie Sienkiewicz napisał. W znacznej części pokaleczyła go tendencja i pospieszna robota kawałkami. Tendencja kazała kosztem prawdy historycznej rozrzucać fałszywie światła i cienie, idealizować to, co idealnym nie było, naładowywać bohaterów polskich olbrzymimi dozami męstwa i wszelkich cnót, które nie sprowadzają skutku; dorywcza praca dla dziennika zmuszała do nieładu w planie, do ciągłych jego zmian pod wpływem uwag przyjacielskich i pobudzania czytelnika scenami jaskrawymi — ciągłymi opisami bitew, które nie tworzą żadnej całości, lecz przerywają się w punkcie znużenia autora. Dosyć tej kroniki obozowej, powiedział on sobie przy końcu tomu czwartego i postawił kropkę śmiało, bo wprawdzie do Bere-steczka, naturalnego rozwiązania, nie dojechał, ale Helenę Skrzetu-skiemu oddał.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://artykuly.gamewanted.info/2009/06/litwos-czesc-25/feed/</wfw:commentRss>
		</item>
	</channel>
</rss>

