RSS Feed

Z ciemności na światło

Posted on Piątek, lipiec 3, 2009 in Prasa

Kto i co u nas czyta? Pomysłowości tak postawionemu pytaniu dla wywołania polemiki odmówić niepodobna. Bo naturalnie skoro ani księgarz, ani wydawca pisma nie prowadzi żadnej kontroli stanu i płci swych nabywców i abonentów, skoro rządca domu w mieście, a sołtys na wsi nie badają i nie wykazują szematycznie ludzi czytających, to można przy powyższym pytaniu kłócić się i rozprawiać do skończenia świata. Paweł powie, że najliczniejszymi spożywcami literatury są garbaci, Gaweł — że kulawi, Jan — że blondyni, Piotr —’ że bruneci, Anna — że kobiety, Maria — że wdowy itd. W rozstrzyganiu tej zapewnionej na całą przyszłość „kwestii” nie myślę zabierać głosu, zwłaszcza że przed śmiercią nie mogę się z nim spóźnić. Jeżeli wszakże pytanie, kto u nas czyta, pozostanie długo otwartym polem dla turniejów, natomiast inne, co czytamy, prędzej znaleźć może swoją odpowiedź. Bo naturalnie czytamy to, co wydajemy, a ponieważ z wykazów bibliograficznych wiadomo, że najwięcej drukujemy powieści, więc wniosek prosty. Śród tych powieści najwięcej przypada na krajowe i francuskie, czyli na idealny realizm i naturalizm. Idealizm angielski i niemiecki płynie tylko wąskim strumykiem przez pisma kobiece.

Znaki świtu są liczne, wskażę tylko jeden. Czemu fantazja Bellamy’ego W wieku XXI tak szybki i obszerny zyskała rozgłos? Czy przez nadzwyczajny talent autora? Bynajmniej, pochłonięto ją w setkach tysięcy egzemplarzy dlatego, że ukazała jasny obraz przyszłości, że przedstawiła ludzi oczyszczonych z błota, a ich stosunki w układzie idealnym. Jest ona przecie nie zbiorem „dokumentów ludzkich”, ale marzeniem, utopią, a mimo to pociągnęła ku sobie więcej umysłów niż najznakomitszy utwór naturalistyczny. Ludzkość, błądząc po piekle„Cokolwiek powiedzą różni nadsprejscy i nienadsprejscy kry-fycy — wyrokuje w «Kurierze Codziennym* p. Z.L.Ś. — literatura francuska zdołała i w tych czasach szarych, robaczywych, czasach małych talentów, a wielkich za to pretensji, utrzymać dawne swoje przodownicze stanowisko w świecie. Choć pisarzom francuskim zazdroszczą tego i zaprzeczają z namiętnością zbyt silną, aby miała być sprawiedliwą, ci, którzy by chcieli zająć ich miejsce, to wszelako literatura francuska, jak zawsze, tak i teraz, nadaje — że tak powiem — ton dziedzinie twórczości literackiej na świecie całym.” Jeżeli ów „ton” ma znaczyć wzór, powyższe twierdzenie jest nieprawdą, gdyż ani Niemcy, ani Anglicy, ani Rosjanie, ani Polacy nie naśladują Francuzów i nie powtarzają za mistrzami ich nuty głównej, wydobywanej z „dokumentów życia”. Ale jeżeli „ton” ma znaczyć powodzenie, to rzeczywiście powieści francuskie mają najwięcej czytelników w świecie cywilizowanym. A jakie? Naturalistycznc i realne. Objaw ten zasługuje na uwagę i coraz częściej ją zwraca. Nie jest on zależnym jedynie od formy, w której się wyraża, od talentów, ale w znacznej mierze od istoty, od treści. Otóż dlaczego on tak dogodził upodobaniom ludzkim, duchowi „szarych, robaczywych czasów”? Czasy te rozpoczęły się w Europie z epoką wielkich przełomów politycznych i przewrotowych dążeń społecznych. Pierwsze natchnęły świat cynizmem brutalnej siły, drugie — namiętnością burzącej krytyki. Przypomnijmy sobie, że od lat dwudziestu Brennus niemieckis, będący jednocześnie apostołem pięściowej i maczugowej etyki, niezmordowanie nauczał Europę poszanowania i czci dla uprawnionego powodzeniem rozboju, wyśmiewał „sentymentalizm”, tj. uczucie miłosierdzia, sprawiedliwości, idealnych pragnień, lecząc swój naród gwałtownymi środkami z tej „choroby”. Nie krył on swego wstrętu i wzgardy dla wszelkich niesamolubnych pierwiastków ludzkich, z zuchwałością, na którą dotychczas ważyli się tylko zmyśleni przez poetów szatani, wyszydzał cnoty, obowiązki i poświęcenia, kusił do wiary w bóstwa nienawiści i wojny, a uwodził nie tyle przekonywaniem, ile olśniewającymi tryumfami. Jeden z angielskich mężów stanu, przypatrzywszy się temu apokaliptycznemu potworowi, wyznał zdumiony, że nigdy jeszcze nie widział człowieka tak ogołoconego z uczuć szlachetnych. Człowiek ten zaś przez ćwierć wieku posiadał w swoim państwie nieograniczoną władzę, a poza nim wywierał szeroki wpływ. Więc znalazł wielbicieli i naśladowców, którzy, jak on, zaczęli budzić w duszach instynkty złe, a usypiać i dusić dobre. Rozbrzmiały też w Europie hasła walki, egoizmu, dumnego barbarzyństwa, które wypłoszyły z życia cały orszak mar idealnych. Nawet ci, którzy nie przyjmowali czynnego udziału w tej dzikiej orgii, patrzyli na nią z uznaniem lub pobłażliwością, uważali ją za naturalny obraz cywilizacji. My żyliśmy w epoce kultu Bismarcka, mniej lub więcej poddaliśmy się jego działaniu, więc nie możemy, jak nie mogli dobrowolni i przymusowi czciciele Molocha lub świadkowie okrucieństw Nerona, wyjść ze swego czasu i ocenić jego wypadków. Ale gdy przyjdą następne pokolenia za lat pięćdziesiąt lub sto, gdy odczytają kazania sejmowe kanclerza niemieckiego, poznają sprężyny jego czynów i skutki jego wpływów, wtedy przerażą się rozmiarami zarazy moralnej, ogromem zaćmienia umysłowego, uwstecznieniem cywilizacji, zwyrodnieniem uczuć. Pojmą one, że w takiej atmosferze człowiek zwątpił o dostojeństwie człowieka, pragnął go tylko wyzyskać, ujarzmić, zgnębić lub zgładzić, że powieść, odbijająca stosunki ludzkie, musiała zająć się głównie malowaniem spodlenia i ohydy. Ideały pierzchły z życia, więc ich świetlane widma nie przesuwały się między bohaterami sztuki, której zrabowaną świątynię napełnił zwycięski motłoch. Gwałtowny nurt reformacyj-nych dążeń społecznych nie mógł również unosić z sobą umysłów w krainę ideału, gdyż jego głównym celem było podmycie i obalenie dotychczasowej budowy życia zbiorowego. Rzucał on z wściekłością0 jej mury swe spienione fale, był burzą, wulkanem, siłą niszczącą, ale nie twórczą. Walcząc przeczeniem i krytyką, musiał przede wszystkim odsłaniać zgniłe podwaliny, kruche wiązania, okrywające zgniliznę, nędzę, zepsucie i bezprawia. Był on piorunującą filipiką, aktem oskarżenia, pozwem lub klątwą, więc wydobywał na wierzch głęboko ukryte błoto, występki i niecnoty. Ludzkość stanęła w sądzie dla wysłuchania i przeprowadzenia sprawy łupiestwa, chciwości, oszustwa krzywd wszelkich, powaśnione strony zaczęły wzajem znieważać się i odsłaniać do naga swoje samolubstwo. I znowu powieściopisarzom ukazał się tłum wrzaskliwy, o kawał mięsa lub nie ogryzioną kość walczący, zniżony do poziomu najgrubszych namiętności, ożywiony jedynie żądzą płciową i głodem lub nienawiścią. Ponad tym sfalowanym i spienionym morzem życia przeleciał niekiedy śród ciemności jak meteor charakter wielki, promienisty, ale gasł szybko, nie zdoławszy jej rozświecić. Pozostawała trwale wzburzona masa, a nad nią drobne gwiazdki, słabo przebłyskujące spoza chmur czarnych.

Na tym gruncie rozkładu społecznego, wyjałowionym z pierwiastków idealnych, w gospodarce siły brutalnej narodził się współczesny naturalizm i realizm rozmaitych odcieni. Pod hasłem: człowiek jest zwierzęciem — powieściopisarze zaczęli poszukiwać „dokumentów ludzkich”, udowadniających zwierzęcość tego gatunku. Zeszli więc do głębin życia, zrewidowali najskrytsze tajniki natury człowieka i wynieśli na wierzch całą ohydę, wszystkie zbrodnie, nieprawości, podrabiane altruizmy, zgniłe uczucia, przewrotne zasady, obłudne pozory i z tego materiału złożyli olbrzymie piramidy podłości jako pomniki chwały czasu. Nigdy świat zwierzęcy tylu bezeceństw nie wytworzył, nigdy ludzki tylu w swym łonie się nie domyślał. Każdy wyraz tych „dokumentów” obrzydliwie cuchnie, każdy wiersz jest strugą błota, każdy ustęp — kałużą. Kto zaś w wyścigu tych poszukiwań nie odnalazł „dokumentu” wiarogodnego, przedstawił podrobiony, aby tylko zadowolić rzeszę łaknącą wrażeń tego wielkiego kryminału. Ale wreszcie wrażenia te znużyły, gorszące widoki obmierzły. Ludzkość zapragnęła po nich odpoczynku, zatęskniła do jaśniejszych, idealniejszych obrazów życia, do swej godności, którą w sobie czuje. Coraz wyraźniej pyta ona jak Bóg Lotha: czy między sodomczykami nie ma uczciwych ludzi, dla których należałoby ocalić miasto? Czy świat jest tylko zbiorowiskiem morderców, złodziejów, wiarołomców, rozpustników, maniaków i łotrów? Z pytania tego wybłyskuje na widnokręgu literatury brzask nowej doby. Jakie wejdzie słońce, nie wiadomo, ale to pewna, że nie będzie ono ponurą pochodnią dnia dzisiejszego. Tak, najmocniej w to wierzę, iż w rozwoju twórczości artystycznej zbliżamy się do zwrotu w kierunku bardziej idealnym, który nie potrzebuje być wcale okresem babiego lata minionej romantyki. Niezadługo będziemy pisali i czytali powieści wzniesione ponad sromotę życia, stwarzali bohaterów podniosłej miary, wypalali z brył ludzkich pierwiastki szlachetne. Ludzkość nie może długo żyć w zupełnym o sobie zwątpieniu, a jakąż nadzieję wlewa w nią rozmazujący brudy hańby człowieczej naturalizm? Po zamknięciu powieści Zoli można tylko splunąć, ale niepodobna o niczym zamarzyć.

Inne spoczywają w łonie niedalekiej przyszłości. Tymczasem karmimy się jeszcze różnymi przyprawami francuskiego naturalizmu, jeszcze przypatrujemy się powieściowym preparatom nerwów znieczulonych, mózgów rozmiękłych, serc stwardniałych, ciał przegniłych. To jest nasza lektura poza twórczością swojską, która bądź trzyma się wzorów dawnych, bądź nowe naśladuje lękliwie. Za wiele spożyliśmy „naturalizmu”, ażeby on i na nas nie oddziałał. Obyczaje narodu powstrzymały ogłaszanie „dokumentów ludzkich”, tradycja przystojności publicznej skrępowała powieściopisarzów wstydem, rzetelnego też zo-lizmu nie mamy wcale, jego wszakże zasada utkwiła w naszych gustach i w naszym probierzu krytycznym. Przy sądzeniu utworów beletrystyki badamy zawsze ich stosunek do rzeczywistości, sprawdzamy, czy one są „z życia wzięte”, czy posiadają w swej mieszaninie dostateczny procent realizmu. Ale ulegając rozwojowi i odczuwając drgnienia ludzkości w jednym kierunku, odczuwamy je również w drugim. Inne narody, zapatrzone w przyszłość, zachwyciły się powieścią Bellamy’ego; my, zapatrzeni w przeszłość, unosimy się nad powieściami Sienkiewicza. Obaj autorowie snują fantazje zupełnie oderwane od rzeczywistości, obaj idealizują ludzi i ich stosunki, tylko że pierwszy zalewa światłem to, co będzie, a drugi to, co było.

Nie chcę tymi uwagami potępiać lub wysławiać takiego lub innego rodzaju twórczości, sądzę bowiem, że wszystkie mają jednakie uprawnienie, ale nie wszystkie odpowiadają zarówno potrzebom czasu. Szlamowanie życia z mułu i wywożenie go na pole było koniecznym momentem rozwoju, ale nadeszła chwila, w której ludzkość łaknie czystej wody. Tęsknimy za epoką hellenizmu, humanizmu, romantyzmu, za okresami, które już nie wrócą, a wróciwszy nie zadowoliłyby naszych pragnień, ale w których życie nie przedstawiało pola karczowanego, mierzwionego, oranego, lecz niwę bujnie obrosłą i kwitnącą, wonną i jasną. Niedawno jeden z naszych korespondentów, mówiąc o „wolnej scenie ludowej” w Berlinie i o zamiarze wystawienia na niej naturalistycznych dramatów Hauptmanna i Holza, słusznie zauważył: „Kto wie, czy lud, ciężko pracujący przez tydzień cały, w niedzielę z przyjemnością spoglądać będzie na to odzwierciedlenie nędzy i cierpień własnych, czy potrzeba rozweselenia się i wzniesienia nad poziom trosk codziennych nie odciągnie go od sceny dlań przeznaczonej!” Tak jest, o czym wkrótce się przekona „scena ludowa”.

Wybaczcie, zapomniałem zupełnie o wokandzie „spraw bieżących” i wypełniłem całą tę rubrykę rozmyślaniem, wcale z nimi nie związanym. Darujcie to odstępstwo od zwyczaju skazanemu na ciężkie roboty, który ubezwładniony nie mogąc sam, jak by tego pragnął, uczestniczyć w pewnej pracy, marzy przynajmniej o tym, że ją inni podejmą.

Comments are closed for this entry.