RSS Feed

Po śmierci A. Domusa

Posted on Piątek, lipiec 3, 2009 in Prasa

Pomimo że przecie już od dwudziestu pięciu lat siedzę jako szpetna brodawka na wdzięcznym obliczu prasy warszawskiej, nie wiem dotychczas ściśle, w jakich wypadkach ta arcymilcząca i arcygadatliwa dama zaleca sobie i innym obłudę, a w jakich szczerość. Raz bowiem wynosi na rynek i tanio sprzedaje drobne tajemnice prywatne, które obcych uszu i języków czepiać się nie powinny, drugi raz starannie osłania występki publicznej wagi, które swymi wyziewami długo zatruwają moralność społeczeństwa. Ma ona zapewne pod tym względem jakąś zasadę, ale ja jej nigdy odgadnąć nie mogłem. I oto również dziś nie wiem, czy mi przystoi powiedzieć kilka słów szczerych o zmarłym Dumasie. W braku wskazówki rozstrzygam sobie wątpliwość ryzykiem, które zresztą jest łatwiejszym dla ludzi nie mających nic do stracenia. Na moim sumieniu ciąży już tyle grzechów szczerości, że jeden mniej by go nie uratował, a jeden więcej nie zgubi.

Mówiąc bez przenośni, wyznać muszę, że śród autorów używających szerokiej sławy nie znam równie ograniczonego jak Dumas syn, a jego rzeczywiście rzadki talent pisarski daleko mniej mnie zdumiewał niż jego wyjątkowa ciasnota myśli. Połączenie takiego talentu z taką ciasnotą zdarzać się może tylko w naturze Francuza.

Nigdy nie zapomnę dziwnego wrażenia, jakiego doznałem przeczytawszy w jego przedmowie do przekładu Fausta znamienne słowa:

szczycę się, że nie znam języka niemieckiego. Odmalował się w nich cały Francuz ze swoją pyszałkowatą niewiadomością. On jeden tylko na świecie zdolny jest być dumnym z tego, że nie nauczył się języka wielkiego plemienia i wielkiej literatury, on jeden tylko zdolny jest pisać przedmowę do utworu, którego nie zna w oryginale. Gdyby to zrobił Anglik lub Niemiec, starałby się wstydliwie ukryć swoją niewiedzę, a gdyby się z nią nieopatrznie zdradził, wyśmiano by tę lekkomyślną i niedorzeczną przechwałkę. Tego rodzaju zaś brawurę francuską przyzwyczajono się uważać za — dowcip.

Jak wielu „mistrzów” nadsekwańskich, Dumas nie posiadał gruntownego wykształcenia. Uczęszczał do jakiegoś kolegium, ale niewiele w nim się nauczył i niewiele w średniej szkole francuskiej mógł się nauczyć. Skromnego zapasiku wiedzy, jaki stąd wyniósł, nie dopełnił potem żadnymi studiami, a raczej dopełnił go studiami —- za kulisami teatru, w buduarach dam moralnie koszernych i trefnych, w całym tym wreszcie wesołym życiu, w jakim mógł pływać i nurzać się młody paryżanin, syn znakomitego i hulającego ojca. Że w tej życiowej kąpieli bystrym umysłem zdołał wiele doświadczyć i wiele zebrać spostrzeżeń, że poznał sprężyny i objawy pewnych popędów i pragnień, obnażone z pozorów charaktery wszelakich zgniłków, rozmaite sposoby i postacie uwodzenia, wiarołomstwa, szachrajstw sercowych i obłudy miłosnej — nie wątpię i nie przeczę. Ale czy ta nawet najbogatsza obserwacja, dokonana w jednym społeczeństwie i niemal w jednej jego warstwie, mogła go uzdolnić do zreformowania świata bodajby tylko w jakimś ograniczonym zakresie stosunków? A przecież on z tej reformy zrobił sobie główny cel swej działalności pisarskiej i główny tytuł chwały. Rzucał więc na scenę i stronice broszur rozmaite „kwestie” i „tezy”, które rozcinał papierowym mieczem, a które albo nie były żadnymi kwestiami i tezami, albo dawno i lepiej zostały rozwiązane. Właściwie wszystkie one w filozofii Dumasa były szczegółowymi przypadkami jednej: nieuprawnionego stosunku płciowego. Jeżeli weźmiemy parę ludzką, połączoną małżeństwem lub wzajemnym pożądaniem się, jeżeli do tej pary dodamy mężczyźnie drugą kobietę, a kobiecie drugiego mężczyznę, otrzymamy to zrównanie algebraiczno-moralne, nad którym przez całe życie rozmyślał Dumas. Naturalnie, ile z tych czterech osób można zrobić kombinacyj, tyle on miał „tez” i „kwestyj”. Żona zdradza męża, mąż — żonę, kochanek — kochankę, kochanka przeniewierza się kochankowi; czysty łączy się z brudną, czysta z brudnym itd. Już sam fakt zagwożdżenia się talentu pisarskiego ćwiekiem jednej sprawy, buchalterią tajemnych rachunków sypialni, jest objawem trudnym do pojęcia, a wielce charakterystycznym dla umysłu mistrza francuskiego. Ale gdyby on przynajmniej w tej swojej specjalności okazał jakąś myśl głębszą i doszedł do jakichś poważnych wniosków! Bynajmniej. Kto wpadnie w kłopoty zatargu samczo-samiczego i zechce zasięgnąć rady u tego „reformatora”, będzie równie mądrym bez niej jak z nią. Bo nawet takie powikłania stosunków nie dadzą się rozplątywać radykalnie ani dowcipem, ani efektem scenicznym, ani żadnym ze środków sprytu teatralno-życiowego, lecz tylko jakąś socjologią, jakąś etyką, jakąś filozofią, której Dumas nie miał. Raz zdobył się na surogat czegoś podobnego, gdy naprzód radził zabijać wiarołomne żony, a potem wiarołomnych mężów. Pomijam barbarzyństwo tego sposobu zemsty czy kary, który by zamienił świat małżeństw na knieję myśliwską lub bandycką, brzmiącą ciągłymi strzałami, zapytam tylko, czy w ogóle jakikolwiek czyn wymagający szczególnej natury człowieka może być uważany za drogę wyjścia z powszechnych starć moralnych? Są mężczyźni i kobiety, którzy, zranieni głęboko w uczuciach, zabijają przedmioty swej zawiedzionej miłości, ale jest daleko więcej takich, którzy tego nie uczyniliby nigdy. Gdyby Dumas zdradzonemu mężowi doradził, ażeby ten niewiernej żonie zaśpiewał przeklinającą ją arię, wynalazłby równie mądre rozwiązanie „tezy etycznej”, jak w swym: „Tue la!”  Wtedy oszukani mężowie odpowiedzieliby mu: „Szanowny mistrzu, my nie umiemy śpiewać”, jak mu odpowiedzieli: „My nie umiemy zabijać.”

Ci, którzy głoszą, że Dumas „wkroczył we wszystkie najważniejsze kwestie etyki społecznej”, a zwłaszcza ci, którzy zapewniają, że je „rozwiązał”, niechże nam wskażą bodaj jedną, którą usunął z pola zagadek.4 A my mamy prawo obliczać go ściśle z tej zasługi, bo przecież sam mianował się i był mianowany pisarzem tendencyjnym, reformatorem społecznym i moralnym. Jeżeli nim był rzeczywiście, to niepodobna, ażeby po jego długim i autorsko płodnym życiu etyka ludów cywilizowanych nie wykazała jego wpływu. Tymczasem, o ile dojrzeć mogę, ona tak wygląda, jak gdyby wcale nie wiedziała, że on istniał. A jednakże po Augustynie, Montaigne’u, Locke’u, Bayle’u Voltairze i wielu innych zmieniła się znacznie. Czemu? Przyczyna bardzo prosta: ci pisarze, którzy oddziałali na pojęcia i reguły moralne, poddali krytyce zasady dawne i postawili nowe, uczynili to mocą jakiegoś logicznie rozwiniętego systematu, mocą jakiejś dźwigni filozoficznej, przekonań i wiar, czego utalentowany twórca powieści i sztuk teatralnych, jaskrawo oświetlający życie filozofią paryską, nigdy nie posiadał. Ta jego filozofia, dowcipna, błyskotliwa, wybornie nadająca się do deklamacji scenicznej, zważona naukowo, ma wartość pięknie fryzowanych i uperfumowanych kłaków. Nieraz jest ona tak dziecinnie naiwną, tak obcą poważnemu myśleniu, że może imponować chyba tylko żółtodzióbom porastającym w pałki literackie i marzącym o podniebnych lotach w szumnej frazeologii.

Może czytelnik mnie zapyta, dlaczego tak długo zastanawiam się nad pisarzem obcym, którego nie cenię. Oto dlatego, że on długo był i jest jednym z „mistrzów”, że wielu naszych autorów hipnotyzował, olśniewał i zsyłał im przykre sny o wawrzynach, których słabszymi siłami uszczknąć nie mogą lub nie śmią. Na nieszczęście skutków tego wpływu Dumas posiadał olbrzymi talent pisarski, zdolność smacznego przyprawiania wstrętnych głupstw, trujących paradoksów i mdłych mędrkowań. Dzięki tym przymiotom wlewał w swych wielbicieli, a przez nich w ogół, przekonanie, że to, co on ustami swych bohaterów plecie, jest nową filozofią, nową etyką, nową nauką życia i układu stosunków ludzkich. A to było w najlepszym razie niczym, szeregiem barwnych, zręcznie wydmuchiwanych baniek mydlanych, za którymi uganiał się płytki lub zwyrodniały w swych uczuciach „świat” i „półświat”, a które po chwilowym błyszczeniu pękały pozostawiając w powietrzu trochę zwyczajnych mydlin. Trzeba nie mieć żadnego pojęcia o zagadnieniach moralno-społecznych i żadnego dla nich szacunku, ażeby te bańki nazywać badaniem ich lub rozwiązywaniem. Niestety, w dziedzinie artyzmu spotykamy ciągle fakt kojarzenia się wielkich sił w tworzeniu formy, a małych w napełnianiu jej treścią. Leonardo da Vinci, Goethe, Schiller, Mickiewicz — artyści myśliciele są zjawiskiem niezmiernie rzadkim. Ale jeżeli ubóstwo umysłowe innych bywa znośnym lub nawet dosięga miary średnio ukształconego człowieka, to w Dumasie było ono po prostu nędzą. Ponieważ zaś taki pisarz we wpływie swoim nie może przelewać tego, co w nim jest najlepszym i jedynie wartościowym, mianowicie talentu, więc przelewa to, co w nim jest najgorszym: umysłową niemoc. Nikt też nie nauczył się od Dumasa tak świetnie, jak on, pisać sztuk scenicznych, ale wielu nauczyło się od niego stylistycznego opieprzania mdłych komunałów, czynienia etyki praczką brudnej bielizny małżonków i kochanków, odwracania uwagi ogółu od innych spraw poza starciem popędów samczo-samiczych, wtłaczania poważnych zagadnień w pozłacaną łupinę paradoksów, w ogóle zastępowania głębokiej filozofii życia płytkim dowcipkowaniem.

Nie można ani chwili zapominać o tym, że Francuzi byli narodem genialnym, że z ich łona trysnęły najwspanialsze zdroje myśli i uczuć, które krążą dotąd z krwią cywilizacji w żyłach Europy i jej córek, ale ten prąd, jaki beletrystyka francuska wprowadza obecnie do organizmu naszej kultury, jest strumieniem wycieńczających, trujących i upodlających używek. Ktoś zauważył, że w człowieku tkwi całe zwierzę, lecz w zwierzęciu nie tkwi cały człowiek. Nowocześni Francuzi chcą nas przekonać, że owo „plus”, dodane w człowieku do zwierzęcia, jest bardzo małym, tak niewymiernym i nieważkim, że o nim mówić nie warto. Jedni — jak Zola — czynią ze społeczeństwa oborę lub stajnię, w których wszystko wygląda i odbywa się jak w zwyczajnych oborach lub stajniach. Drudzy, wybredniejsi w doborze widoków zwierzęcych — jak Dumas — starają się tylko ludzkiej trzodzie ozłocić rogi, pociągnąć glazurą kopyta, nałożyć jedwabne uzdy i srebrne kiełzna, pokropić nawóz wonnymi olejkami i śród tej elegancji ukazywać ciekawym akty i skutki mnożenia się gatunków rasowych. Jest to naprzód fałszywe, a po wtóre wstrętne. Po co mamy tę nieprawdę i obrzydliwość przenosić do naszej literatury, a bodaj tylko do naszych gustów? Pomimo że Francuzi tworzą dotąd w Europie niezliczone gromady małp, w tym jednym względzie wszystkie narody opierają się naśladowaniu. W odcinkach dzienników francuskich drukują się i są bez odrazy czytane powieści i nowele, których treści wstydziłbym się opowiedzieć w najbardziej poufnej rozmowie, gdyż po prostu cuchną; w żadnym innym kraju nie przechodzi przez literaturę taki otwarty dla wszystkich kanał. Czyż my nie powinniśmy tamować jego przepływu w naszą? Niech sobie Francuzi czczą Dumasa, niech go mianują członkiem Akademii i wielkim reformatorem, bo był istotnie ich krwią i kością, dla nas jest on wielkim talentem pisarskim, ale jednocześnie płytkim uwodzicielem myślowym, po którym pozostaną tylko ładnie malowane łupiny z robaczywym ziarnem.

Comments are closed for this entry.