RSS Feed

Mistrz skandynawski

Posted on Piątek, lipiec 3, 2009 in Prasa

Gdyby ludzie żyli dwukrotnie i zmartwychwstawali z pamięcią o swoim pierwszym bycie, w drugim byliby przeważnie sceptykami. Jeden na milion (może tego jednego natura zachowuje jako nasienie chęci istnienia) przyznałby, że miał w swym umyśle prawdy, a w sercu uczucia, które go nie omyliły, ogromna zaś reszta przekonałaby się, że żyła złudzeniami, że to, co jej wydawało się doskonałym, wielkim, nieśmiertelnym, było ułomnym, małym, znikomym. A nawet najgłupsza i najobojętniejsza epoka ma swoje ideały, swoich bohaterów, swoje szczyty, na które spogląda z dumą i uwielbieniem. Przykro pomyśleć, że te ideały może są błyszczącym próchnem, ci bohaterowie — pospo-litakami, a te szczyty — kopczykami, przez które lada koza przeskoczy, a cóż dopiero zobaczyć! Zaiste, jest to wielkim szczęściem każdej teraźniejszości, że ona się nie widzi w świetle przyszłości.

Uwagi te nasuwają mi się bardzo często, a obecnie stanęły przede mną, gdy przeczytałem przełożoną na język polski Cyrankę Ibsena2. Od lat wielu brzmi po świecie głośna sława tego pisarza. Należy on do niewielkiej liczby autorów, których nie tylko wielkie czyny, ale wielkie zamiary telegraf obwieszcza skwapliwie, na których zwrócone są ciągle oczy ukształconej ludzkości, w których głowie siedzi i kuje wielkie dzieła potężny geniusz, których każda kropla śliny tężeje i zamienia się na drogocenną perłę, spadającą do skarbca literatury. Ile razy krytyka zacznie bić w dzwony i strzelać z armat dla obwieszczenia światu narodzin tytana, jeżeli nie obowiązek, to ciekawość zawiedzie każdego inteligentnego człowieka do kołyski olbrzyma. Więc chociaż nadzwyczajnie trudno ulegam wszelkim hipnotyzacjom i do każdego przedmiotu zbliżam się tak wolny od wpływów „poddawania”, jak gdyby one były niewinnymi podmuchami Zefira, ażeby nie obciążać swego sumienia grzechem niewiadomości, obejrzałem jeden pazur „lwa skandynawskiego”. Wydało mi się, że to pazur nie lwi, ale koci, a ponieważ niemal każdy dzień, każdy wypadek składa mi niezbite dowody, że żyjemy w atmosferze sztucznych sław, szczudłowych kolosów, naftowych słońc, blaszanych gwiazd i cudów rzucanych czarnoksięską latarnią reklamy, przeto nie spieszyłem się z poznaniem dalszych arcydzieł „Sfinksa”. Tymczasem wichry dziennikarskie ustawicznie wyły: Ibsen napisał to, Ibsen pisze owo, nowy dramat Ibsena wywołał burzę sprzecznych sądów, Ibsen nieprzepartą mocą swego geniuszu zaklął i trzyma w natężeniu uwagę świata, Ibsen mieszka w Monachium, Ibsen jada zwykle białą rzodkiew, Ibsen przystrzygł niebotyczną czuprynę itd. Śród tego brzęczącego roju naprzykrzonych much dziennikarskich stałem jak słup i nie wiedziałem, na czym właściwie polega wielkość owego Ibsena. Pewnego dnia obowiązki redaktorskie włożyły mi do rąk przekład polski jego Heddy Gabler 3, której rozgłos dorósł prawie do sławy Antygony. Zacząłem czytać to arcydzieło z wielką ciekawością i nadzieją, że ono mi odsłoni potęgę autora. Przestudiowawszy pierwszy akt tak uważnie, jak zadania algebraiczne, doznałem wrażenia człowieka, który przeszedł przez łan ostu: kilkakrotnie zaplątały mu się nogi, poczuł ukłucie, ale więcej nic. Czytam dalej z coraz większym wysiłkiem i zdumieniem, nareszcie zmęczony dobrnąłem do końca. „Co to jest?” — zapytałem siebie. Albo ten cały Ibsen niewart więcej niż mistrzostwo w jednej norweskiej parafii, albo mój umysł tak stracił zdolność krytyczną, że uważam Księżyc za zwyczajną tacę.

I znowu upłynęło lat parę, podczas których ibseniada wydłużała ciągle promień koło swej chwały, i znowu wpadła mi do rąk przetłumaczona na język polski Cyranka. Spostrzegłszy ją, zdawało mi się, że słyszę w sumieniu moim jakiś wyrzut niesprawiedliwości względem tytana skandynawskiego. Trzeba jeszcze raz spróbować — przeczytałem. Jeżeli wszelki sąd krytyczny nie jest bezwzględnym pewnikiem, lecz tylko wyrazem stosunku umysłu oceniającego do przedmiotu ocenianego, i jeżeli w określeniu tego stosunku dozwolona jest szczerość, to wyznaję, że w utworach Ibsena nie mogę dojrzeć niczego, tylko zwitki poślednich kłaków literackich, nad którymi stoi zadumana krytyka i rozmyśla, jaki rodzaj jedwabnika wyprządł te prześliczne kokony jedwabiu. Rozumie się, skoro Wenus Milońską postawimy przed wielkim zwierciadłem, ono odbije ją w całym uroku, ale gdybyśmy ją postawili przed drewnianym parkanem, on tylko co najwyżej odbije jej cień. Otóż być może, że mój umysł względem Ibsena nie jest zwierciadłem, lecz parkanem. W takim razie proszę — najzupełniej poważnie — niech ktoś z lustrzaną głową wytłumaczy mi, w czym tkwi genialność utworów mistrza skandynawskiego. Moja nieudolność w rozwiązaniu sobie tej zagadki dochodzi rzeczywiście do jakiejś dziwnej niemocy. Tak np. zdaje mi się, że w naszej ubogiej literaturze znalazłbym cały zastęp dramaturgów zdolniejszych od Ibsena, że jego dialogi stoją na poziomie mizernych ramot scenicznych, że jego charaktery są robotami niedołężnej ręki, że wolałbym policzyć nitki siatki pajęczej, niż przeczytać jego „arcydzieło”, że gdyby mi w wyroku sądowym dano do wyboru trzy rodzaje kary, powiedziałbym: zapłacę grzywnę, pójdę do kozy, tylko, na miłosierdzie, nie każcie mi się nauczyć na pamięć jednej sceny z Cyranki. O, jakże nieszczęśliwi są czasem aktorzy!

Ale może ktoś zapyta: czemu tę sprawę podnoszę? Przede wszystkim zastrzec muszę, że nie chodzi mi wcale o to, ażeby świat miał jednego wielkiego człowieka mniej, bo pragnąłbym, ażeby takich ludzi posiadał jak najwięcej. Stanowią oni bowiem nasz nowoczesny Olimp, od nich spływa na nas siła, wiedza, prawa i cnoty, podczas gdy od ludzi małych pochodzą występki, gwałty, ciemnota i niemoc. Ale trzeba strzec się złudzeń, bezmyślnego bałwochwalstwa, kultu dla Apisów, fetyszyz-mu dla patyków i skorup, słowem, bożyszcz fabrykowanych. Pierwszym obowiązkiem rozumu jest ścisłe odróżnianie ludzi i rzeczy wielkich od ludzi i rzeczy małych; pomieszanie ich lub zamiana jednych na drugich wstrzymuje postęp ludzkości i okrada ją ze szczęścia. Epoka obecna, może bardziej niż którakolwiek z poprzednich, postawiła zasadę, że tylko narody silne materialnie wydają jednostki silne duchowo, tylko państwa rodzą geniuszów. Dzięki tej zasadzie Francuz Dumas lub Niemiec Sudermann 4 są pisarzami znakomitymi, ale gdyby ten Dumas i Sudermann byli Bośniakami lub Ormianami, spadliby do talentów bardzo niskiego rzędu albo wcale by o nich nie wiedziano. Skandynawia nie jest potężnym mocarstwem, ale jest samoistnym ciałem politycznym, a nadto wszyscy jej nowocześni bohaterowie literatury wtedy dopiero zyskali sławę, gdy zaczęli pisać po niemiecku. Dzięki temu nowemu szlachectwu doszli do wysokich godności: Bran-des, Hansson, Strindberg i inni, a między nimi Ibsen. Ową zasadę, o której wspomniałem, społeczeństwa małe i nie grające roli politycznej przyjęły również z uległością mediów względem hipnotyzerów.

Gdyby Rezjanom lub Dalmatom urodził się Shakespeare, nie mieliby oni odwagi postawić go obok Wildenbrucha3 i sądziliby, że jest to sobie prosty chłop literatury, niegodzien pijać herbaty z jej panami. Tej hipnotyzacji poddaliśmy się i my. Jeszcze Sienkiewicza śmiemy wsuwać do Walhalli europejskiej, ale innych pisarzów uważamy za przeznaczonych wyłącznie na użytek domowy, pomimo że między nimi są tacy, którzy przerastają talentem o dużą miarę koryfeuszów zagranicznych. Krytyczny Polak przebudziłby się nagle wystraszony, gdyby mu we śnie przyszła zuchwała myśl porównania Konopnickiej z Coopem lub Tetmajera z Baudelaire’em 7. Przed kilku tygodniami czytałem w jednym z dzienników warszawskich niedorzeczne a złośliwe urąganie zbiorkowi pięknych rojeń fantastycznych i obrazków z kopalń dąbrowieckich p. A. Niemojewskiego pt. Listopad8. Autor ten ma nie tylko talent, ale własną indywidualność i serce gorącej krwi pełne, nie jest wyższym lub niższym stopniem jakiegoś literackiego superlatywu, co u nas zbyt często się zdarza, nie pisze dla mnożenia płatnych wierszy, ale wylewa w swych utworach szczere i głębokie uczucie w sposób własny. Mimo to krytyk, który widocznie tak się zna na poezji, jak karp na aksamicie, sponiewierał jego pracę bez skrupułu. Gdyby ten Niemojewski był Szwedem piszącym po niemiecku! Wyrok wypadłby całkiem inaczej.

W podobnych wypadkach nie chodzi jedynie o krzywdę tego lub innego talentu, ale może jeszcze bardziej o mącenie pojęć ogółu i o pozbawianie go probierza, za pomocą którego odróżniałby rzeczy wielkie — zawsze dla niego ważne, od małych — zawsze dla niego bezwartościowych. Jeżeli mu ciągle wbijamy w głowę, że Ibsen jest to olbrzym, a Cyranka — arcydzieło, że pisarze potężnych narodów są karmicielami jego ducha, a swojscy mielą dlań plewy, to on ostatecznie pije mętną wodę, chwali ją jako wyborne wino, a prawdziwym winem obmywa swe naczynia i sprzęty, dziwiąc się, że mu sił nie przybywa.

Comments are closed for this entry.