RSS Feed

Miłość sceniczna francuska

Posted on Piątek, lipiec 3, 2009 in Prasa

Wierzę, że miłość jest uczuciem niezmierzonej siły i wagi; wierzę, że w wątku dziejów przewija się ona jako nić pierwszorzędna; wierzę, że z tego źródła wytrysnęły wszystkie strumienie sztuki i literatury pięknej; wierzę, że bez tego pierwiastku historia ludzkości byłaby całkiem inną, uboższą w barwy i blaski, a życie straciłoby swe najpiękniejsze uroki — wierzę w to wszystko, ale i w to również, że miłość sceniczna francuska jest najgłupszą istotą w świecie. Każdy autor wybitniejszy jest naszym wierzycielem, u którego zaciągamy jakąś pożyczkę myśli i uczuć; najgłośniejsi komediopisarze francuscy są jedynymi, wobec których nie uważałem się nigdy za dłużnika. Gdym czytał lub w teatrze słuchał utworów Dumasa i Sardou, zdawało mi się, że przede mną otwierają swe serca dzicy, i co chwila musiałem sobie przypominać, że to są ogniłki wysokiej cywilizacji. Dla tych zdechlaków nic nie istnieje prócz poplątanych i pokrzyżowanych w ustroju społeczeństwa nerwowego instynktów płciowych. Tu za-szargana ladacznica z brylantem miłości dla mężczyzny, tam z perłą miłości dla dziecka, tu wiarołomna żona, tam rozpustny mąż, tu trzech samców około jednej samiczki, tam trzy samiczki około jednego samca, tu dziecko nieprawe płci męskiej, tam żeńskiej, tu wesele motylów, tam tokowisko cietrzewi — w głowie się kręci od tego piżma duszącego, brudów złoconych obłudą, zakażonych oddechów, a nade wszystko od tych „kwestyj”. Człowiek ukazuje swój rozum nie tyle w odpowiedziach, ile w pytaniach. Mędrzec może nic nie wiedzieć, ale nie może stawiać niedorzecznych zagadnień. Wolno człowiekowi ukształ-conemu nie znać przyczyny trzęsienia ziemi, ale nie należy dociekać, czy z tej choroby nie uleczyłaby się ona, zażywszy w krater wulkanu olbrzymią ilość chininy. Wolno nie pojmować duszy, ale nie należy zastanawiać się, ile ona w swej figurze ma kątów ostrych. Pomiędzy zaś kresami głupstwa ludzkiego ciągnie się długa skala stopni pośrednich, pytań płytkich, dziecinnych, nie zawierających żadnej zagadko-wości — iw podnoszeniu tych właśnie „kwestyj” celują Francuzi. „Kwestią” społeczną może być tylko węzeł, zadziergnięty w warunkach życia jednostki, a nie w jej upodobaniach osobistych. Nieroz-wiązalność małżeństw, niemożność wyżywienia rodziny, brak pracy, przymusy religijne to są „kwestie”, ale jaką kwestię stanowi pytanie: czy niewinna córka Magdaleny pokutującej ma prawo (!) do serca mężczyzny przyzwoitego (i niemal zawsze ilością kruchych miłostek wyrównującego Magdalenie) oraz czy on powinien i może poślubić ptaszę gniazda pokalanego? Ile razy jadąc tramwajem, widzę, jak koń daremnie macha skróconym ogonem dla spędzenia z grzbietu muchy dokuczliwej, zawsze myślę sobie: ten koń ma do rozwiązania kwestię poważniejszą niż komediopisarze francuscy. Jemu bowiem ogon obcięto, a bohaterowie Dumasa i Sardou sami go sobie obcinają. Oto jest np. młodzieniec ukształcony, zacny, nawet zamożny; obok niego dziewica idealna i również bogata. Kochają się, ale przed ślubem wypływa na wierzch, że jedno lub drugie jest dzieckiem nieprawym. Następuje dramat, który wyprowadza matka, ojciec, ciotka, stryj, brat, wuj lub coś podobnego. Te istoty pobożne stwarzają „kwestię” ze swych przesądów, wstrętów, uprzedzeń itp. Co dwojgu ludziom zakochanym przeszkadza połączyć się? Czy ich serca, prawa, rozumy, obyczaje? Nie, matka lub ciotka. I to jest „kwestia społeczna”! Biedny koniu tramwajowy z obciętym ogonem! Sardou, fabrykant komedyj, osnutych na takiej przędzy, napisał między innymi Żorżettę, którą w przekładzie polskim wystawiono na scenie naszej.2 Skruszona ladacznica, jej córka niewinna i nie znająca grzechów matki, a z drugiej strony marynarz zakochany w niej głęboko, jego matka surowa i oporna temu związkowi, wreszcie stryj zdradzający tajemnicę. Małżeństwo rozwiewa się — czemu? Pytanie to zadano autorowi w Paryżu — ciekawą dał odpowiedź: „Gontran, mający matkę, obowiązki rodzinne, słowem, konieczność zachowania pewnych względów, żenić się nie może…” Pojmuję dumę ubogiej myśli jakiegoś literata, którego sława najdalszym echem sięga do granic prowincji lub drobnego kraiku, ale ta francuska bezmyślność, rozbrzmiewająca po całym świecie ucywilizowanym, pyszna swą mądrością i podziwiana, jest jednym z najkomiczniejszych zjawisk naszego stulecia. Głupstwo ma w życiu swoje miejsce i prawa, których mu zaprzeczać nie myślę, ale wolno nam od czasu do czasu poskarżyć się na jego zbyt szerokie rozparcie i tryumfy. Otóż sądzę, że głupstwo teatru francuskiego daje nam często ku temu powód. Jest ono bezczelnym i zręcznym. Zasypało głębie wszystkich wielkich uczuć piaskiem różnych marnych „względów”, ujęło serce ludzkie w pętlicę konwenansu, nadało moc pobudkom, które jej mieć nie powinny, usidliło wolę człowieka w łykach przesądów, zatamowało swobodne wylewy miłości stawidłami towarzyskiej chiń-szczyzny — słowem, wyjałowiło grunt duchowy, odciągnęło uwagę ogólną marnościami od zagadnień istotnie poważnych. Ponieważ zaś grunt ten nie jest u nas płodnym, a te zagadnienia dość uwzględniane, więc przyznaję, że każdy wjazd blagi francuskiej na scenę naszą sprawia mi przykrość. Wolę wszystko raczej, nie wyłączając melodramatów, niż te „kwestie” i „tezy” teatralne, w których tyle tkwi sensu, ile potu w platynie.

John Lubbock 3 miał niedawno w Preston odczyt o „obowiązku człowieka być szczęśliwym”. O „obowiązku” — uważacie — a nie o „prawie”. Zapewne o takich powinnościach można mówić w Anglii, ale wywody Lubbocka do pewnego stopnia zachowują swą słuszność i tam, gdzie daleko częstszym obowiązkiem bywa nieszczęście. Istotnie, jak radził już dawno Epikur, Maupertuis Holbach, Beneke, człowieka trzeba tylko uczyć miar i wag życia, umiejętności oceniania, co dla niego jest dobrem trwalszym i przemiennym, a wtedy on będzie roztropnym, zacnym i szczęśliwym. Niezmiernie łatwym jest do zrozumienia zadanie arytmetyczne, które wykazuje, że kradzież nie zapewnia korzyści, a praca ją zapewnia. Gdyby komediopisarze francuscy znali i stosowali tylko tę prostą arytmetykę, straciliby dużo „kwestyj”, ale zyskaliby tyleż istotnych zagadnień życiowych. Dwoje ludzi zakochanych ma „obowiązek uszczęśliwienia się” nawet wbrew woli papy, mamy, ciotki i stryja, pragnących dogodzić swym kaprysom, jeśli tylko żadne z nich nie krzywdzi nikogo. Lubbock bardzo trafnie uzupełnił naszą etykę. Mówimy zwykle o „prawie” do szczęścia, on zamiast prawa podstawia powinność, która jest silniejszą. Przypuśćmy, że ów zrozpaczony, którego schwytano w zeszłym tygodniu na moście wiślanym, gdy chciał się utopić z głodu, powiedział: miałem prawo do chleba, ale go zdobyć nie mogłem. Prawo do chleba! Bardzo wątpliwe! Ale gdyby ten biedak odrzekł: miałem obowiązek jedzenia, który na mnie włożyła natura, a ponieważ go spełnić nie mogłem, więc chciałem rzucić się do Wisły, byłoby to uzasadnienie słuszne. Podobnież Paula, córka Zorżetty, rozmyślając nad tym, czy ma prawo zaślubić Gontrana, którego jej nie daje matka, stryj, znajomi — jest śmieszną, ale skoro powoła się na obowiązek swego serca, rozetnie węzeł od razu. Prawami lokomotywy są jej szybry, hamulce i relsy, obowiązkiem — siła pary. Chociażby więc te prawa ją powstrzymały, ona rwać się będzie naprzód. Podobnie człowiek. Nikt sam siebie nie stworzył, nikt sobie nie dał uczuć i pragnień, więc nikt nie może tych swoich powinności wewnętrznych łamać dla lada przesądu lub grymasu cudzego, dla byle „kwestii”. Niech człowieka obstąpią i skrępują wszystkie ustawy, zwyczaje, przepisy światowe, nie zdołają wydrzeć z jego serca obowiązku kochania, czyli dążenia do szczęścia, bo to jest obowiązek jego natury. Może on sam w sobie stłumić to uczucie, ale tylko innym jakimś obowiązkiem wielkiej mocy. Co to wszakże obchodzi p. Sardou i wszystkich fabrykantów librett widowiskowych!

Porównanie czasów obecnych z dawnymi w wielu kierunkach nie wypada na korzyść naszą. Niewątpliwie zaś w teatrze, który coraz bardziej staje się budą jarmarczną, odsuwaną od literatury, a zbliżoną do igrzysk. Najgorliwiej pracują nad tym Francuzi.

Comments are closed for this entry.