Męty zachodnie i czyste źródła skandynawskie
Nawet bardzo stare, bardzo wyżyte i bardzo puste kokietki miewają wielbicieli, czasem daleko liczniejszych niż kobiety piękne, skromne i inteligentne. Przekwitłą urodę, zwiędłe wdzięki, pustkę głowy i serca zastępują one malowidłem, watą lub gumą, obrotnością lub swawolą języka — i tymi środkami oddziaływają na samczą wrażliwość mężczyzn. Ale dziwiąc się ich powodzeniu lub lekceważąc ich wartość, niepodobna jednocześnie odmówić im zręczności i sztuki. Są to niewątpliwe talenty. Dajmy zwyczajnej gęsi trochę różu, waty i świeci-deł — niech z tego zrobi przynętę! Nie potrafi.Starą kokietką i wysoce utalentowaną jest „literatura piękna” francuska, która dotąd ciągle dostarcza wzorów i modeli europejskiej. Jeżeli przyjrzysz się jej uważnie, dostrzeżesz zmarszczki, zwiędłość, ślady starań i wysiłków dla podtrzymywania urody i podobania się — podobania za wszelką cenę. Opowiada ona bardzo dowcipnie o wpływach gorsetów i pończoch na miłość, o schadzkach, niezwyczajnych stosunkach i zawikłaniach romansowych, o wybrykach, szałach i upodleniach eleganckiego świata, a przede wszystkim o miłostkowych tajemnicach margrabin, hrabiów, książąt, finansistów, słowem, pustych dusz i pełnych kieszeni. Nader charakterystycznie też nazywa ona powieść „romansem”. Wiek nikotyny, alkoholu, morfiny, wiek najrozmaitszych używek i silnych podniet przepada za tą wytworną kokotą i spożywa nałogowo jej uczty. Ale uraczony i przesycony nimi, uczuwa co pewien czas niesmak, mdłości, zawroty głowy, delirium, drżenie całego organizmu, a przy tym straszliwą nudę i pustkę. Pokoleniom tego wieku wzrok zaciąga się jakąś mgłą moralnego znużenia, teraźniejszość traci dla nich swe barwy, a przyszłość blaski, nie wierzą nikomu i niczemu, nie widzą naokoło siebie światła i nie czują w sobie gorąca, mają krew chłodną i wodnistą, nie umieją ani silnie kochać, ani nienawidzić. I wy niewątpliwie doświadczyliście tego stanu po przeczytaniu romansu francuskiego — przewracaliście jego kartki z zajęciem i przyśpieszonym tętnem, doznawaliście chwilowej rozkoszy, zdawało wam się, że pijecie jakiś mocny i wzmacniający trunek, że jego fabrykant wynalazł rzeczywiście coś odradzającego, ale gdy zamknęliście książkę, gdy oswobodziliście się od jej gorączkowych wrażeń, niejeden z was powiedział sobie: jakież to ostatecznie głupie i płytkie! Czy nie szkoda było moich wzruszeń nad tym, że żona-rozpustnica musiała pieścić męża-łobuza, gdy jej kochanek-szub-rawiec był ukryty w portierze? Czyż nie szkoda było moich rozrzewnień nad tym, że jakiś margrabia porzucił margrabinę, zauważywszy na jej nogach zielone pończochy? Czy nie szkoda było moich kilku godzin gorączkowego czytania na to, ażeby się dowiedzieć, że w miłości są bardzo niebezpieczne perfumy angielskie?
Te odurzające wonie zbytkownych buduarów, lubieżnych potów, gnijących dusz i ciał rozprasza od czasu do czasu potężny, świeży powiew, który wypływa nagle z literatury narodów młodych lub cywilizacyjnie nie wyczerpanych. Prąd taki, który niesie w swych falach nie tylko nowe pierwiastki myśli i uczucia, ale także nowe formy artystyczne, biegnie teraz z północy, ze Skandynawii. Ani jej siła pplityczna, ani języki nieznane nie mogły mu od razu utorować drogi. Zaledwie Ibsen i Bjornson przedarli się dawniej ze swymi utworami poza granice własnego kraju. Inne talenty bądź zagasły, zanim błysnęły w Europie, bądź teraz dopiero zaczynają jej świecić opuściwszy ojczyznę. Bo Skandynawia mimo swej statystycznej oświaty nie jest czułą matką dla swych wielkich synów. Urzeczywistniwszy ideał naiwnych marzycieli, oczekujących nowej ery od ludu wiejskiego, dała im pouczającą lekcję. Uobywatelnione, dopuszczone do władzy chłopstwo stało się żywiołem nietolerancyjnym, pomimo swego czytania i pisania ciemnym, wstecznym, nie znoszącym śród siebie olbrzymów. „Precz z domu” — krzyknęło ono do „wyrodków”, których zrozumieć nie mogło. Uciekł Ibsen, uciekł Strindberg, uciekają Hans-son i Garborg2 — do Niemiec. I to dzięki temu na niebie Europy zapłonęły nowe, pierwszorzędne gwiazdy północne.
Świeżo wyszła w przekładzie polskim niewielka książeczka, jedna z najciekawszych i najpiękniej napisanych, jakie mi się czytać zdarzyło, pt. Młoda Skandynawia. Jej autor, Ola Hansson, którego Krzywicki nazwał w „Prawdzie” „talencikiem” 4, a który mnie się wydaje wielkim talentem, kreśli nadzwyczaj barwnie wizerunki J. Brandesa, J. Jacobsena, A. Strindberga i… A. Garborga, którego powieść Znużone dusze kończymy w dzisiejszym numerze. Nad tym utworem chcę właśnie zatrzymać uwagę czytelników.
„Znużonych dusz” jest w utworze Garborga kilka, ale żadna z nich nie posiada takiej mocy i żadną koło losu tak nie miażdży. Jeżeli — jak słusznie powiada najcudowniejsze serce — żyć warto tylko albo dla wielkiej idei, albo dla wielkiej miłości, Gram zaś w swym społeczeństwie pierwszej nie znalazł i zatonął w drugiej, którą mu szyderczy, zimny, pożyczony od otoczenia rozum potargał, pojmujemy, dlaczego upadając pod krzyżem swojej niedoli, woła ciągle: Fanny, Fanny, stań przy mnie! Nie stanęła przy nim, nie dźwignęła, więc upadł. Na jego jęki świat odpowiedział piekielnym chichotem, któremu on, biedny męczennik, często wtórował z rozumu, nie uśmierzył jednakże, zarówno jak piolterem lub morfiną, strasznego bólu, którego rany otwierały się coraz szerzej.
Byłoby wielką szkodą, gdyby czytelnicy nasi pominęli powieść Garborga jak wiele bez wartości i wyboru przekładów z tego lub owego języka; byłoby wielką stratą dla naszego społeczeństwa, gdyby ono dalej brnęło w kwestiach gorsetowo-pończosznianych powieści francuskiej i nie poznajomiło się z nowoczesną literaturą skandynawską. Stoimy od chłopów północnych wyżej, gdyż nie skazalibyśmy Strind-bergów na wygnanie, a Garborgowi nie pozwolilibyśmy żyć w nędznej chacie górskiej, ale mistrze tych chłopów nauczyliby nas głębiej spoglądać w naturę ludzką.8
Comments are closed for this entry.